Biegła. Cały czas uciekała. Łzy płynęły jej po
policzkach jednak nie zwracała na nie uwagi. Odwróciła się na chwilę , tylko po
to by dostrzec czy wciąż za nią biegnie. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła
wysoką, ciemną sylwetkę. W świetle ognia mogła dostrzec jego długie,
czarno-czerwone włosy i rubinowe oczy. Pomimo sytuacji na sobie miał zwykłe
dżinsy i białą koszulę z podwiniętymi rękawami i kilkoma rozdarciami. Do tego w
dwóch miejscach cały czas powiększała się szkarłatna plama.
- Jesteś ranny! – krzyknęła zatrzymując się.
On jednak wywrócił tylko oczami, dokładnie tak samo jak ona i szarpnął ją za
rękę.
- Nie mamy czasu – warknął niskim, metalicznym głosem i teraz już biegli
równym, zawrotnie szybkim tempem.
Jednak nie wystarczająco szybkim.
Naokoło nich nagle pojawiły się wilki. Warczały ukazując długie, splamione
krwią kły a ich sierść w różnych odcieniach była brudna i posklejana. Jeden z
wilków wystąpił nieco i zmienił się w człowieka o krótkich jasnych włosach i
szmaragdowych oczach.
- Poddajcie się – powiedział mierząc tą dwójkę wzrokiem. – Poddajcie się, a
darujemy wam życie.
- Po moim trupie – syknęła Apayan uginając nieco nogi. Przygotowywała się na
atak.
- Słyszałeś moją córkę – mruknął Abbadon wzruszając ramionami. – Po jej trupie.
Czerwonowłosa zerknęła na ojca unosząc jedną brew, jednak nie skomentowała jego
sarkazmu w żaden sposób. Aż ciarki ją przeszły gdy uzmysłowiła sobie ile mają
ze sobą wspólnego.
Blondyn wzruszył ramionami i ponownie zmienił się w wilka.
- Więc zginiecie – warknął. – Oboje.
I nie mówiąc nic więcej rzucił się na nich tak szybko, że wyglądał jak
rozmazana plama. Reszta wilków zrobiła dokładnie to samo.
Paya odskoczyła do tyłu robiąc salto, które umożliwiło jej wyciągnięcie
sztyletów z wysokich butów. Jak zwykle miała na sobie długą, zwiewną sukienkę,
w której ukrytą miała broń. Na plecach natomiast wisiał samurajski miecz.
Abbadon natomiast po prostu schylił się co sprawiło, że dwa wilki zamiast na
niego rzuciły się sobie do gardeł.
Następnie w jego dłoni zmaterializował się dziwny, ciekawie uformowany
miecz z bardzo wymyślną rękojeścią. Ciął
nim wszystkie wilki jakie tylko się do niego zbliżyły.
- Jak ci idzie, tatusiu ? – krzyknęła Apayan sztyletując bursztynowego wilka.
Następnie obróciła się i przeskoczyła nad ogromnym basiorem po czym dosłownie
usiadła na nim i skręciła mu kark.
- Nawet nieźle – odparł Demon wbijając miecz w podbrzusze zwierzęcia. – Ale nudno trochę...
Pay wywróciła tylko oczami i zabiła kolejnego wilka. Walczyli długo a zwierząt
wciąż przybywało.
- Nie damy rady, musimy uciekać – warknęła. Rozejrzała się dookoła mierząc
wzrokiem trzy wilki, które właśnie się do niej zbliżały.
- Gdybyśmy tylko mieli jak uciec – mruknął Abbadon odwracając się do córki.
Właśnie w tym samym czasie na jej plecy rzucał się jakiś basior. – Paya! –
krzyknął i nie czekając na reakcję wyskoczył w górę by następnie odciąć głowę
wilka.
Apayan zmarszczyła brwi odwracając się. Przekrzywiła nieco głowę i uśmiechnęła
się.
- Dzięki – powiedziała niepewnie.
- Nie masz za co dziękować – wywrócił oczami po czym spojrzał jej prosto w
źrenice. – Jesteś moją córką, Apayan. Moim obowiązkiem jest cie chronić.
Rubinowooka skinęła lekko głową a jej uśmiech powiększył się. Gdzieś w głębi
duszy zaczynała lubić swojego staruszka.
Nie czas jednak był na sentymenty. Obydwoje jakby czytali sobie w myślach
rozejrzeli się dookoła kalkulując jakim sposobem mogliby się stąd zmyć.
- Masz jakiś pomysł, Boris ? – spytała Apayan zerkając na ojca.
- Ta, mam – mruknął Abbadon. – Jakie cechy po mnie odziedziczyłaś?
- Em… - zastanowiła się. – Bezczelność,
poczucie humoru, arogancje, totalnie zboczoną psychę…
- Moce – wywrócił oczami.
- Aaa! – zaśmiała się obserwując wciąż zbliżające się wilki. – Nieśmiertelną
krew, szybkość, zręczność, potrafię zatrzymać bicie serca i przestać oddychać,
widzę aury, chyba jestem też bezpłodna.
- Ale to nie jest moja moc – zmarszczył brwi.
- Tak czy inaczej, twoja wina – mruknęła. – Potrafię też zrobić się
niewidzialna.
- Nie moja wina… - zerknął na wilki. – Z resztą, pogadamy o tym później.
Posłuchaj mnie teraz. Gdy dam ci znak staniesz się całkowicie niewidzialna i
pobiegniesz do miejsca gdzie zostawiliśmy konie. Dosiądziesz Boogie’go i
pognasz do Graleyn.
- Co? – warknęła. – A ty?
- A co cie obchodzi moje życie – uniósł brwi. – Ty mnie podobno nienawidzisz.
- Bo nienawidzę – odpowiedziała machinalnie. Nie była pewna czy jest to zgodne
z prawdą.
- Więc zrobisz co ci każe. I nie obejrzysz się na mnie.
Westchnęła wyrzucając ręce w górę.
- Dobra.
Abbadon uśmiechnął się lekko, jednak trochę smutnie. Spojrzał jeszcze raz na
wilki, które już praktycznie dotykały jego nóg, i gdy dwa z nich skoczyły w
górę chwycił córkę.
- Teraz! – krzyknął i oboje stali się niewidzialni.
Pobiegli w stronę gdzie zostawili konie, a wilki zdezorientowane rozbiegły się
po całym lesie.
Gdy Pay zatrzymała się obok swojego konia rozejrzała się dookoła.
- Boris… ? – szepnęła.
Odpowiedział jej jednak tylko wiatr.
- Bor… Tato! – krzyknęła czując łzy w oczach.
I nagle powietrze rozdarł mrożący krew w żyłach śmiech. Apayan odwróciła się
tylko po to by zobaczyć Lilith podnoszącą rękę w górę, dzierżąc w niej sztylet.
I gdy już miała zanurzyć go w piersi półdemonicy coś zasłoniło ją własnym
ciałem.
Paya spojrzała w rubinowe oczy swojego ojca, które rozszerzyły się w momencie,
gdy sztylet dotarł do jego serca.
- Ojcze, nie! – krzyknęła. Jednak było już za późno.
Z jego oka popłynęła pojedyncza łza.
- Przepraszam, Paya. – Uśmeichnął się lekko. – Tak bardzo, bardzo cie
przepraszam.
I nie mówiąc nic więcej przymknął oczy i pozwolił swojemu ciału osunąć się na
ziemię. Lilith stojąca za nim śmiała się patrząc w niebo.
Apayan jednak nie widziała już nawet tego. Czując łzy napływające do oczu
pobiegła do konia i nie czekając już na nic po prostu galopem udała się do
Graleyn by tam stawić czoło rzeczywistości.
A rzeczywistość była taka, że Lilith razem z ojcem, zabrała jej wolę życia.
[ Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy dotrzymali do końca. Ja nie dałabym rady. Nie jest to może jedno z moich najlepszych opowiadań ale cóż, od czegoś trzeba zacząć ... ]
Nazywają je Miastem Straceńców.
Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...
No cóż, zdarza się.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
( Aaa.. to dla mnie za okrutne. Taak.. znalazła się obrończyni włochaczy. Ej... Dżinsy w średniowieczu? Reszty się nie czepiam, bo fajnie napisane, więc sprawnie się czytało.)
OdpowiedzUsuń