Nazywają je Miastem Straceńców.

Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...

No cóż, zdarza się.


sobota, 18 sierpnia 2012

' I słońce wzeszło na wschodzie... '


Noc była spokojna. Ulice Graleyn opustoszałe, karczma wypełniona gośćmi chętnymi upicia się oraz zabawienia z młodymi, ślicznymi pannami. Na jakimś dachu skrzypek wygrywał melodię a w zaułku dwie ulice dalej jakaś wampirzyca osuszała z krwi głupiego człowieka.  W domu po drugiej stronie ulicy pewna zielarka właśnie wytwarzała napary lecznicze, a jej sąsiadka malowała obraz na zamówienie.  Na cmentarzu młody grabarz rzeźbił nowy nagrobek jakby wyczuwał, że tej nocy do jego małego królestwa przybędzie nowe ciało.
Jednak w jej domu panowała względna cisza,  którą nagle przerwał donośny, przeraźliwy krzyk, który rozniósł się po Graleyn niczym po amfiteatrze a następnie zamarł jakby krzyczącemu zabrakło tchu. Tak też było.
Dziewczyna rozejrzała się dookoła nagle nie wiedząc gdzie się znajduje. Jej rubinowe oczy z żywej, krwistej czerwieni przeszły w wyblakłą, nijaką…  Z twarzy nagle odeszły wszelkie kolory z oddech zamarł w płucach jakby te przestały mieć powód do oddychania.
Bo w sumie, to przestały…
Oczy wypełniły się łzami, które nagle po prostu opuściły powieki. Serce zabiło mocniej po czym zwolniło, niemal wcale nie bijąc. Ale jednak wciąż pompowało krew.
Wzięła kilka głębszych wdechów próbując się uspokoić jednak po prostu nie mogła. Nie umiała zachować spokoju. Mimo, iż to był zwykły sen wiedziała, że to prawda. Czuła to, jakby odebrano jej kawałek duszy. Jakby nagle ciemność zasnuła jej życie. Cała radość z życia i szczęście opuściło ją z jednym wydechem.  Straciła chęć do życia, wolę istnienia…
- Dante… - wyszeptała beznamiętnie, niemal obojętnym głosem choć można było usłyszeć w nim ból. Ból tak silny, tak niezmiernie przerażający, że dziewczyna prawie sobie z nim nie poradziła. A jednak. Jednak udało jej się przeżyć zerwanie powiązania. 
Ale skoro powiązanie się zerwało…
- To nie może być prawda – powiedziała rzucając się w pościeli. – Nie! Nie mogłeś zginąć, Dante! Obiecałeś! – krzyczała niczym opętana. – Obiecałeś, że nie zginiesz! Obiecałeś, Dante… Obiecałeś…
Rozpłakała się rzucając na łóżko. Zaczęła szarpać się za włosy, wbijać paznokcie w skórę, obserwując niemal z chorą fascynacją krew na palcach.
Nie obchodziło ją, że skrzypek przestał grać, a wampirzyca puściła wolno młodzieńca. Skąd mogła wiedzieć, że jej krzyk był tak donośny, iż nawet grabarz zaniechał swojego zajęcia a w karczmie zaległa cisza. A tą straszną, wypełniającą ją niczym ołów ciszę przerywało tylko szeptane bicie serca układające się w krótką modlitwę. Przełknęła ślinę i wytarła łzy.  Wyszła z łóżka i niczym duch zaczęła się ubierać. Chwyciła pelerynę i wyszła z domu. Zewsząd dochodziła do niej tylko cisza, która sprawiała, że miała ochotę przebić sobie serce. Jednak musiała sprawdzić czy sen jest prawdą. Chociaż wypełniła ją pustka, i nie czuła już żadnych uczuć, ani swoich ani jego to musiała sprawdzić. Upewnić się.
Weszła do lasu i jak zjawa przemierzyła do w drodze do dębu, który widziała we śnie. I zamarła… Upadła na kolana niezdolna do przytrzymania na nogach własnego ciała po czym objęła ramionami jego wiotkie, pozbawione życia truchło. Potrząsnęła nim kilka razy choć wiedziała, że to nic nie da. Splamiła łzami jego klatkę piersiową usianą małymi nacięciami jednak rana na piersi była aż zbyt widoczna by ją przeoczyć. Zapłakana przymknęła oczy wdychając jego zapach, przypominając sobie smak jego rozgrzanych, wilgotnych warg teraz już chłodnych, które nigdy jej nie pocałują. Dłoni, które już nigdy jej nie dotkną, oczu, które już nigdy na nią nie spojrzą.  Uśmiechnęła się lekko, do jego pozbawionej jakichkolwiek emocji i kolorów twarzy.
- Dobranoc, Dante – wyszeptała z trudem wypowiadając każde słowo. -  Słodkich snów…
Po tych słowach zamknęła jego powieki i zostawiła ciało pod drzewem. Nie chciała go tam zostawiać, ale musiała poinformować kogoś o jego śmierci by zabrali jego ciało. Nie zwracała uwagi na to, że cała jej peleryna jest jego krwi ani, że ma krew również na ustach i policzkach a całe oczy były czerwone od łez a włosy sklejone.  Szła przez las, a następnie przez samo Miasto Straceńców czując na sobie spojrzenia innych, jednak nic sobie z tego nie robiąc. Nie musiała nic mówić, wiedziała, że odpowiednie osoby poszły już tam gdzie go znalazła i odpowiednio zajmą się jej ukochanym.
A ona? Co ona miała teraz zrobić?
Zerwanie powiązania sprawiło, że nie miała już woli życia, nie odczuwała już pragnień ani innych emocji.  Nie było w jej sercu już miejsca na radość, ale nie było tam też smutku. Ani szczęścia ani cierpienia. Ani miłości ani nienawiści. Czysta neutralność, obojętność, beznamiętność…
Weszła do domu nawet się nie rozbierając. Usiadła na łóżku przykrywając się i ściskając w dłoni naszyjnik. Kątem oka zarejestrowała, że ktoś jest u niej w domu i siedzi na łóżku. Ach,  to tylko jej brat, Michaił. Chyba ją przytulił a ona wtuliła się w jego ciepłe, bezpieczne ramiona, choć w sumie nie była pewna czy to nie jest aby sen. A chciałaby, by tak się stało… By mogła się obudzić i zobaczyć Jego uśmiechniętą twarz wpatrzoną w jej, odgarniającą zbłąkany kosmyk włosów  z twarzy i całującą ją na powitanie.  Jednak wiedziała, że tak nie będzie. Już nigdy. Nie usłyszy jego ciepłego głosu wymawiającego jej imię. Ale przecież to nie było jej imię… Chociaż, teraz było jej już wszystko jedno jak będą się do niej zwracać. Kogo to obchodziło?
- Chcę umrzeć – dało się usłyszeć czyjś zduszony głos. Ach, no tak, to jej. Ale czy miała ochotę umierać? Odbierać sobie życie niczym tchórz, który boi się tego co przyniesie wschód słońca? Ale, ona nie bała się tego co przyniesie słońce. Lubiła słońce… Ale czy teraz będzie w stanie je dostrzec? Zrozumieć ciepło jego barw, skoro nie usłyszy już Jego ciepłego głosu? Zrozumieć jego piękno, skoro nie zobaczy już Jego pięknych oczu? Zrozumieć jego żar, skoro Jego dłonie już nigdy nie rozpalą ognisk na jej skórze?
Nie.
Ale się postara. Bo on by tego chciał, prawda? Chciałby by zaczęła żyć dalej. A co jeśli ona nie była tak silna jak on myślał, że jest. Co jeśli nie podoła? Co jeśli go zawiedzie?

Co tym razem przyniesie słońce?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz