Nazywają je Miastem Straceńców.

Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...

No cóż, zdarza się.


środa, 8 sierpnia 2012

Opowieść o tym, jak Wynn został wiedźminem i zaczął polować na wampiry.


    Każde dziecko miało w życiu taki okres, kiedy chciało zostać zabójcą potworów. Każdy mały chłopiec chciał chyba kiedyś ratować niewinnych, być podziwianym rycerzem, albo chociaż wiedźminem.
    Nie dziwmy się więc, że i ośmioletni Will biegał swego czasu po wiejskiej posiadłości swego dziadka i celował patykiem do kur, wrzeszcząc w niebogłosy stosowne według niego okrzyki bojowe. Wychował się wszak w atmosferze uwielbienia dla bohaterstwa swego dziaduszki i dumy z niego, co z uporem maniaka wciskała w niego matka… Nic dziwnego, że jako dziecko bardzo chciał zostać podziwianym łowcą potworów…
    Historia potoczyła się inaczej. Niestety. Został zaledwie kłusownikiem, a potem mu się zdechło.
    Jakież to życie jest zajebiście brutalne…
***
8 sierpnia anno domini 1402, równo dwadzieścia lat temu.
    Błoto mlaskało pod kopytami ich koni. Jeźdźcy jechali pochyleni, stawiając opór wiejącemu im prosto w oczy wiatrowi i siekącemu, zimnemu deszczowi. Co jakiś czas tylko przekrzykiwali się w przekleństwach, wyzywając wszystko co wpadło im do głowy. Gdy dotarli do wioski byli już tak zmęczeni owym klnięciem, że zamilkli, wlokąc się błotnistym traktem między pierwsze, biedne chałupinki.
    Było mokro. Było ciemno i paskudnie. Klecha wpadł w humor pt „To wszystko twoja wina”, więc od trzech godzin, to jest od zapadnięcia zmierzchu drażnił go swoim gadaniem. Wynnowi już nawet nie chciało mu się grozić śmiercią, daniem na pożarcie psom albo swojej nadpobudliwej owdowiałej siostrze.
Kolejne minuty mijały w całkowitym milczeniu. Dopiero wampir przerwał je,  gwałtownie wstrzymując konia, tak, że cofnął się na zadzie rozbryzgując kolejne strugi błota.
    - Gdzie jest ta karczma!? Potrzebuję karczmy!
    - Przed Tobą, debilu… - ksiądz westchnął w odpowiedzi zeskakując z konia w błoto i wprowadzając go pod prowizoryczne zadaszenie przed budynkiem karczmy. – Pamiętasz nasz wczorajszy zakład? Płacisz za moje wino. – dodał z pewnym rozbawieniem i wdrapał się na schodki prowadzące do drzwi karczmy.
Kiedy wampir gramolił się z konia, ksiądz rozejrzał się wokół siebie. Pustka. Nigdzie żadnych świateł. W szynku też wydawało się być cicho, przez okna pokryte błoną przebijało tylko słaby blask świec. Oby nie była zamknięta, bo tego to i on nie przeżyje.
    Wkrótce obok niego stanął i wampir, prezentujący sobą jeszcze dziwniejszy obraz niż zazwyczaj. Wysokie buty do jazdy pokryte były idealnie całe szlamowatym błotem, tak samo część jasnych spodni z materiału. Ubranie przylgnęło do ciała a zwykle i tak już poplątane, długie włosy zbiły się w strąki i przykleiły do twarzy i karku. Obrazu dziwactwa dopełnił rzadko spotykany u Wynna wyraz zirytowania na twarzy, pojawiający się tylko w dwóch przypadkach; kiedy musiał stać na deszczu i kiedy dawno nie odwiedził żadnej karczmy. Tej nocy zirytowanie było podwójne.
    - Co za idiota wymyślił deszcz… - mruknął Wynn ciesząc się, że wiózł płaszcz przewieszony przez siodło. Inaczej zablokowałby się w tym błocie.
    - Nie bluźnij… - odpowiedział Adrian, bardziej z przyzwyczajenia niżeli z chęci upomniania przyjaciela. – Straszliwie tam cicho, zaważyłeś?
    - Acha. Jeśli będzie zamknięta…
    - Dasz mnie na pożarcie Róży. Wiem. – Wywrócił oczami i pchnął drzwi karczmy.
    W środku panował zaduch. W półmroku w kącie sali siedziało kilkunastu mężczyzn i widocznie nad czymś się radziło. Oprócz tego pomiędzy stołami rozsiani byli jeszcze tylko na wpół kontaktujący pijacy. Nic więcej. Kilku z obradujących uniosło nieznacznie głowy by spojrzeć na przybyłych i wróciło do dysput.
Dwaj nowoprzybyli mężczyźni usiedli na chybotliwych krzesłach. Niezrażony ubrany po cywilnemu klecha wydarł się;
    - Karczmarzu, piwa!
    Ten typowy, nudny wręcz okrzyk został całkowicie zignorowany na sali. Adrian spróbował znów spróbował i znów został zignorowany. W międzyczasie odkrył, że jego przyjaciel znikł. Już węsząc okazję do dowiedzenia się czegoś ciekawego podszedł do stołu zajętego przez towarzystwo i zaczął wypytywać o co chodzi. Ksiądz westchnął teatralnie pod nosem. Mógł się tego spodziewać. Naprawdę. Wynn nigdy jeszcze nie przepuścił okazji na znalezienie nowego tematu do gadania i zamęczenia innych ludzi.
    Wampir po kilkunastu minutach wrócił do stołu z dwoma kuflami piwa i nadmiernie szerokim uśmiechem na twarzy, który zawsze zwiastował coś co najmniej niepokojącego.
    - Wampira mają! – ogłosił,  prawie tańcując z radości.
    - Co? – zapytał, zaskoczony klecha, nie mogąc zrozumieć sensu tej enigmatycznej wypowiedzi.
    - Wampira mają! Mówią, że w jaskini koło wioski siedzi wypierz! Klecha! Zapolujemy na wąpierza! –                           Jedyny wąpierz w towarzystwie obrócił się w zgrabnym piruecie w stronę tłumku i powiedział radośnie. – Podejmiemy się ubicia wypierza! Nocą! Dzisiejszej nocy!
***
   - Że co, kurwa? – zapytał Adrian, gdy tylko znaleźli się sami pod pretekstem przygotowania się do zadania.
   - Słuchaj. – powiedział Wynn, tym samym tonem jakby dostał wcześniejszy prezent na święta. Tonem tak szczęśliwym, jakby tym prezentem była długoszyja dziewica. – Po pierwsze, żaden wampir pewnie nie istnieje, przynajmniej żadnego nie czuję. Po drugie, jeśli istnieje, to pójdziemy do tej jaskini, ugadamy się z nim. Powiemy, żeby zniknął, a potem spotkamy się z nim za wsią i podzielimy się zapłatą za zadanie! – Aż klasnął w dłonie z uciechy.
   - Popieprzyło Cię. Ja się w to nie mieszam.
   - Spadaj. Złota nie dostaniesz.  – prychnął wampir i jeszcze, przed wyjściem z pomieszczenia wyciągnął przybory do pisania i w miarę nie pogięty kawałek papieru na którym szybko napisał owe pismo spisane pięknie po łacinie;

Drogi Prześladowco Wioski,
Jako Twój przyjaciel i sprzymierzeniec przybyłem do wioski przejazdem. Jednak hulaszczy tryb życia mojego przyjaciela [tu kleks zrobiony w momencie kiedy Adrian walnął piszącego w łeb] sprawił, iż zabrakło nam pieniędzy. Przyjęliśmy zlecenie na Ciebie i pytamy uniżenie czy nie zechciałbyś opuścić swojej jaskinię do czasu gdy nie wybędziemy z miasteczka. Jeśli się na to zgadzasz bądź jutrzejszej nocy o północy przy pokutnym krzyżu za wioską. Pół naszej zapłaty jest Twoje, lecz nie pojawiaj się na oczy chłopom do czasu, gdy się nie wyniesiemy, to jest za trzy noce.
Z góry serdecznie Ci dziękuję,
Twój pobratymiec,
William Hyantell herbu bazyliszka.

   - Po kija żeś się podpisał swoim nazwiskiem? – prychnął klecha stając nad Wynnem.
   - Bo je lubię. – odpowiedział prosto.
   - Nie sądzisz, że wampirowi może się źle kojarzyć nazwisko Twego dziadka?
   Cóż, owo nazwisko znane było w całym królestwie, gdy dziaduszka jeszcze działał w zawodzie pogromcy potworów. W całym. Od granicy do granicy.
   - Przesadzasz.
***
   Wkrótce Wynn stanął na drodze wskazanej przez chłopów uzbrojony w miecz dziadka i worek wypełniony odpowiednimi narzędziami do walki z wampirami. Gdy był już pewny, że zniknął ludziom z oczu zajrzał do środka szukając czegoś wartościowego. Krzyże, czosnek, kilka kołków. Jeden z krzyży, wykonany ze srebra schował do kieszeni z zamiarem sprzedania w późniejszym czasie, wziął też kołek, który miał zamiar umazać w krwi i pokazać jako dowód na zabicie wampira. Resztę rzucił w krzaki i rad zmniejszenia noszonego ciężaru ruszył do jaskini. Klecha wolał pić w samotności, niż mu towarzyszyć. Drań. Wynn postanowił już mu nigdy nie postawić żadnego trunku.
   Bez zawahania wszedł do groty, gotów porozmawiać grzecznie z lokatorem, bądź zostawić uprzednio napisany list.
   Jaskinia była pusta i zadziwiająco ogromna. Znający fantazję niektórych z Tych, Którzy Mają Za Dużo Czasu Wynn wchodził coraz głębiej w czeluści groty ciemnym korytarzem, w każdej chwili spodziewając się znaleźć ukryte drzwi z kołatką, albo coś równie niedorzecznego.
Zdziwiony był dość mocno, gdy na twarz rzuciła mu się naga kobieta z zamiarem wydrapania mu oczu.
   - Kurwa!
   Kobieta nie zareagowała na wypowiedzianą w strachu obelgę. W sumie nie była do końca nawet kobietą, lecz zielonoskórą potworą całą umazaną w krwi z sklejonymi posoką włosami. Wynn wystraszył się nie na żarty i nie wiedząc co zrobić zaczął uciekać na oślep. Nie udało mu się wybiec z jaskini, więc niczym wystraszona niewiasta zwiewająca przez gwałcicielem uciekał mrocznymi korytarzami, gdy jego przyszła oprawczyni wrzeszczała coś nieludzkim głosem i skakała po ścianach.
   W pewnym momencie wampirowi skończył się korytarz. Wbił się w zagłębienie jaskini i patrzył pełnym strachu wzrokiem na potwora, który zbliżał się w jego kierunku sycząc coś pod nosem.

   Nagle rozległy się kroki, a w ciemności pojawił się grubawy mężczyzna w średnim wieku uzbrojony w krzyż i wodę święconą.
   - Odejdź potworze! – zawołał, idąc prosto na bruxę czy inne tałatajstwo i wymachując krzyżem. Co chwila się potykał, ale nie wylał wody. Wykrzykiwał egzorcyzmy, a Wynn w tym samym czasie zwiał prosto za niego i zaczął bezradnie mu wtórować, nadal dygocząc ze strachu. Bruxa schowała się w kąt i zaczęła osłaniać oczy przed krzyżem.
   - Co z nią zrobimy? – zapytał Wynn odzyskując powoli pogodę ducha.
   - Odetniesz jej głowę i przebijesz serce kołkiem, a potem spadamy…
   - Adrian!
   - Co?
   - Ale ja się brzydzę…
***
   Wracali do wioski. Klecha niósł w ręce zakrwawioną głowę potworzycy, a Wynn kołek, również zakrwawiony. Nucili jakąś zboczoną pioseneczkę. Wynn przerwał na chwilę i spojrzał na księdza.
   - Klecha? Czemu ona się bała krzyża?
   - A bo ja wiem? Może to bestia chrześcijanka i uważała, że powinna? Widać myślała, że jak go dotknie to się spali, albo coś…
   Obydwoje parsknęli śmiechem i wrócili do swojej pioseneczki.

***
   - Jak Wam się to udało? – zapytał grododzierżca gdy Glowa potoczyła się po stole.
   - Potęgą naszej wiary i męstwa, rzecz jasna. – odpowiedział wampir, ważąc w dłoni sakiewkę pełną złota i ciesząc się, że jednak spełnił swoje marzenie z dzieciństwa.



Tak na marginesie pozdrawiam wszystkich z postaciami - łowcami potworów i ostrzegam, że opowiadanie napisałam w akcie desperacji pt "Ja nigdy nic nie piszę" i nawet nie chciało mi się go sprawdzać :P

4 komentarze:

  1. ( Hm.. Fajne! Szczere i zabawne. Szczerzyłam się przez ciebie do laptopa -.O". Szkoda, że krótkie...)

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Uwielbiam Wynna xd. Jest zajebisty... "Ale ja się brzydzę..." Padłam wtedy, ómarłam i Necro musiał mnie wskrzeszać, czego robić nie lubi. Jesteś mu coś winna xd]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Genialne, zabawne, na luzie i do tego pełne akcji. Ja jestem zachwycona. Praktycznie oplułam kawą monitor w paru momentach. Może i jestem w mniejszości, ale mnie klecha rozwala xd. Co do błędów jakoś w oczy mi się nie rzuciły.
    Pozdrawiam.]

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń