Naciągnęła płótno na deskę. Smukłe dłonie podkasały rękawy czarnej sukni, potem sięgnęły po długi pędzel. Jeszcze tylko zamoczyła odrobinkę w wodzie, by rozrzedzić farbę i delikatnie poczęła muskać papier. Czerwona plamka, a przy niej zaraz pojawiła się następna. Włosy.
Okalały twarz rumianą młodej kobiety.
Biegła boso lasem uśmiechnięta w zielonej sukni. Chowała się co chwila za drzewem.
Cichy radosny śmiech wymykał się z jej zmysłowych ust, kiedy spoglądała na poczynania ukochanego.
Grubszym nieco brązem ubrudzonym włosiem przymocowanym do patyczka zaznaczyła męską sylwetkę niedaleko dziewczyny. Czarną farbą namalowała krótkie włosy oraz oczy o przenikliwym spojrzeniu.
Nie spodziała się nawet, kiedy silne ramiona objęły ją delikatnie. Obdarzył ukochaną namiętnym pocałunkiem. Później ruszyli razem nad brzeg jeziora.
Piękna para, gdyby nie to, że źle wróżebna. Któż by pomyślał, że rosły brunet tulący kobietę okazał się przykładnym duchownym z parafii małej wioski.
Dookoła zakochanych naniosła pędzelkiem pełno zieleni w różnych odcieniach. Po prawej stronie jednak wylała atramentu odrobinę. Na granatowej plamie zaznaczyła drobny cień małego dziecka.
Zaniósł Igwę nad jezioro, gdzie położył ją delikatnie na trawie, a po chwili ułożył się obok. Spoglądali razem na niebo rozmarzeni. Chociaż w tym miejscu czuli się wolni. Nie musieli niczego przed nikim ukrywać.
~~***~~
Spotykali się coraz częściej i coraz to intymniejsze były ich stosunki.
Z czasem rudowłosa nie biegała pełna energii, lecz spacerowała powoli w lekkiej sukience czule przemawiając, masując duży brzuch. Obok niej wiernie towarzyszył Joseph który był gotów nieba przychylić. Tylko on był wobec niej życzliwy.
- Jak śmiałaś! Egoistko pieprzona! Cóż o nas inni pomyślą?! Sąsiedzi, mieszkańcy … Zachciało ci się kurwić z księdzem - krzyczała stara kobieta. Na głowie miała czepiec spod którego wychodziły srebrne wręcz kosmyki włosów. Stała w kuchni opierając się o stół w brudnym fartuchu. Jej twarz wykrzywił grymas pełen wściekłości.
- Matko kochana, ale ja … ja tylko proszę o … - jąkała się połykając łzy.
- Gówno mnie to obchodzi! A kysz mi z mego domu, a kysz! Nie jesteś już moją córką - przerwała jej.
Szarpnęła mocno szlochającą Igwę za ramię i wyrzuciła za drzwi. - I mi się tu więcej nie pokazuj - warknęła.
Kiedy opowiedziała o całym zdarzeniu Josephowi, leżała słaba na kocu. Nadchodził już ten dzień...
~~***~~
Owinęła dziecię skrawkiem swej sukni i przytuliła delikatnie do piersi. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Widok pulchnej twarzyczki pozwolił zapomnieć o ogromnym bólu, jaki przeżyła.
Słowa jej matki jednak wciąż tkwiły w jej pamięci.
Wstała z trudem. Przeszła się powoli brzegiem kołysząc lekko niemowlę. Przystanęła spoglądając w toń, gdzie nie mogła dojrzeć dna. Położyła dziecko, by rozejrzeć się za kamieniem. Ten, niedaleko niej był dość ciężki.
Spojrzała po sobie, na nóż i kamień przygryzając wargę aż do krwi. Wahała się długo spoglądając na syna ze szczerym smutkiem, roztargnieniem. Nagle malutka piąstka chwyciła ją za palec. Łzy napłynęły jej do oczu. Najchętniej wykrzyczałaby się, uwolniła wszystkie emocje. Tak jak dziecko, które przed nielada chwilą przybyło na ten niesprawiedliwy świat.
W napływie sił, poprawiła szmaty, by zakryły mocno jego główkę. W pomiędzy materiał okalający jego główkę, włożyła znaleziony kamień. Sapiąc jak jakaś opętana wbiła nóż w drobne ciałko po samą rękojeść. Wyrzuciła je do wody jak najdalej, jak jakiegoś śmiecia. Plusk.
Gdy dotarło do niej co uczyniła, padła na kolana płacząc bezgłośnie. Zastygnęła w bezruchu. Odwróciła gwałtownie głowę, aż sklejone potem włosy opadły jej na twarz, usłyszawszy szelest pochodzący z krzewów.
Ukochany oraz jego towarzysze spoglądali z niemym przerażeniem na Iwgę, która ukryła twarz w dłoniach.
~~***~~
Ze szczegółami nawet namalowała różne rośliny z których robiła napary. Wysoko nad czubkami drzew i jeszcze wyżej, pozostawiła żółtawa plamę. Słonce, które praży niemiłosiernie, jak języki ognia.
Igwa była zielarką, która nie potrafiła odmówić pomocy potrzebującym. Leczyła naparami i maściami z ziół, które znajdywała w lesie, bądź przy jeziorze.
Bardzo przesądna kobieta, choć niekoniecznie religijna. Nie pomyślała również, że ktoś się tego uczepi.
~~***~~
Kiedy zapadł zmrok, nie miała gdzie pójść. Błądziła głodna po wiosce, a księżyc peszył ją swym blaskiem. Na gwiazdy bała się spojrzeć, skoro mówią, że to zmarli, którzy spoglądają na Ziemię...
Wtem ktoś wykręcił brutalnie jej ramiona w tył. Krzyknęła przestraszona miotając się. Rude włosy znów zakryły jej oblicze, ale i tak zauważyła kto jest jej oprawcą. Pamiętała dokładnie, jak wraz z Josephem spoglądał na nią, kiedy klęczała na brzegu. Niebieskoki mężczyzna o jasnych włosach swobodnie opadających na ramiona trzymał ją w stalowym uścisku. Usta miał zaciśnięte w wąską linię. Po chwili otoczył ich wianuszek wieśniaków trzymających pochodnie, grabie, co tylko popadło im w łapska.
- Wiedźma! Zabić ją! Na stos! - darli się na całe gardło, kiedy blondyn prowadził ją środkiem drogi, choć wrzeszczała, miotała oraz potykała się o własne nogi. Była zmęczona w dodatku nienawidziła czuć się bezradnie, upokorzona.
Doprowadzili ją na miejsce, gdzie w centrum uwagi stał słup i stos, a obok kat trzymający liny, które zaraz ujarzmiły rozszalałą rudowłosą ciasno przywiązując do słupa.
Stanęła na rzuconych belkach w postrzepionej, brudnej sukni, co lepiła się wręcz do jej obolałych nóg. Nie miała już sił, żeby krzyczeć, choć wciąż starała się uwolnić. Serce dudniło rozszalałe. Oddychała ciężko. Nagle przez jej głowę przebiegła pewna myśl - “Może jednak lepiej, jak mnie zabiją? Nie będę musiała uciekać ….” Potrząsnęła energicznie głową.
Każdy zebrany podszedł do kobiety i z kpiną splunął jej w twarz. Hańba!
Zaczęła się przyglądać każdemu z osobna rozpoznając znajomych, sąsiadów, ale czyjś donośny głos rozproszył jej myśli.
- Igwo. Tegoż dnia w imeniu wspólnoty oskarżam cię o uprawianie czarnej magii, brak bojaźni bożej, zabicie własnego dziecka, oddanie duszy szatanowi oraz działanie
wbrew woli Pana oraz naszemu prawu, które tak dobrze znasz. - ogłosił pulchny mężczyzna w ciemnobrązowych oczach trzymający zwój.
- Tak, to ona! Widziałem ją, jak dziecię zabiła! Czarci to był miot zapewne! - wrzasnął ten, który przytargał ją w te miejsce. Z tłumu wyłoniła się kobieta w czerwonej sukni.
- Me dziecko chciała otruć! Ziółkami, chwastami, gdy z chorobą się zmagało - oskarżyła drobna blondynka, która zamieszkała obok jej chatki.
Stojący za nią rosły brunet, który trzymał wcześniej liny, szarpnął Igwę za włosy, aż syknęła z bólu.
- Spójrzcie zresztą na jej włosy, co wyglądają jak żywe płomienie. Wiedźma! - powiedział i szarpnął jeszcze mocniej, by wzrok zwróciła ku niemu, później do egzekutora .
- Nie jestem do cholery! Nie! - wydarła się zaciskając oczy ze złości.
- Przyznaj się dobrowolnie. Od kiedy jesteś wiedźmą?! - naciskał mierząc rudowłosą nieprzychylnym spojrzeniem.
Kat prychnął tylko oraz zabrał czyjąś pochodnię, by podpalić stos. Kątem oka dostrzegła ukochanego. Stał wśród tłumu w sutannie i koloratce. Zawsze widywała go w chłopskich łachmanach spoglądającego na nią czule, a dziś... dziś... Czy to był jej Joseph?
Patrzył niewzruszenie. Nie myślał ani pomóc swej umiłowanej.
~~***~~
Taka oto historia się niesie, co jedna kobiecina drugiej przekaże. Może coś dopowie, albo jej umknie skubiąc piórka, czy targując się przy straganie.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że Joseph przepadł bez wieści. Ileż w tym prawdy?
Jeszcze tylko parę plamek i gotowe. Przy włosach majstrowała jeszcze pędzelkiem w krwi ubrudzonym, potem sok z trawy gdzieniegdzie naniosła. Czyste miejsca na płótnie, gdzie mężczyznę namalowała, ubrudziła ziemią wymieszaną z odrobiną wody jeziora. Wszystko pochodziło z pamiętnego miejsca. Skończone.
- Teraz tylko po sobie posprzątać - westchnęła. Rozejrzała się dookoła. U jej stóp leżał martwy mężczyzna dobrze znany o kruczoczarnych włosach. Krew już się nie przyda. Małą tajemnicą jest, że ktoś zlecił Josepha pozbawić życia właśnie Hesh. Szkarłatne plamy zdobiły brzeg. Nic dziwnego, że powiadają, iż obrazy Heshtje mają duszę. Może i nie duszę, ale małą cząstkę i owszem.
Woda pociemniała, kiedy wciągnęła sztywne ciało.
~~***~~
Ktoś energicznie zapukał do drzwi Hesh. Otworzyła je z rozmachem ubrana suknię ubrudzoną farbami. Jej oczom ukazała się stara kobieta w czepcu na głowie spod którego wydostawały się srebrne kosmyki włosów.
- Witam. Przyszłam odebrać obraz - powiedziała spokojnie opierając się o framugę drzwi.
( A oto mój wytwór. Inny ( może nawet gorszy), niż poprzednie, które napisałam na onecie. Akapity i wyśrodowania mi zeżarło ... Dzięki wielkie Aileen za pomoc :D)
Nazywają je Miastem Straceńców.
Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...
No cóż, zdarza się.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
[Chaos, chaos, chaos.
OdpowiedzUsuńPotwornie to chaotyczne, nieskładne...
Ale fabułaaaa, a raczej jej zakończenie, bo ono jest najważniejsze sprawiło, że z mojej twarzy nie chce zniknąć cholernie szeroki uśmiech
Masz dziwny, średnio poprawny styl, wiesz? Dziwne są te Twoje zdania. ]
( Bo chciałam czasy oddzielić. Wiem. Jam jest chaos... Wnioskuję, że ten jest gorszy, niźli poprzednie? )
OdpowiedzUsuń[ Super, spodobalo mi się, Na prawdę świetne! ]
OdpowiedzUsuń