Amitiel.
Anielica.
Przedstawia się jako Amelia de Louis.
Wiek? Kto by pamiętał...
Anielica, o której mało kto słyszał, a która słyszała o prawie wszystkich. Posiada pewną moc, z której niezbyt chętnie korzysta. Kapłanka z Kaplicy Serca znajdującej się w Siódmym Niebie, na krańcu Edenu. Nie została strącona, ani zesłana. Uciekła. Zrobiła to a namową Razjela i Rafała i przyzwoleniem Gabriela. Dlaczego to zrobiła? Kapłance nie wolno było wiązać się z kimkolwiek, kochać, budzić pożądania. Tymczasem wbrew wszystkiemu zakochał się w niej jeden z opiekunów Edenu, kiedy przez przypadek zobaczył ją poza Kaplicą.
Żyje w zgodzie ze wszystkimi archaniołami, jednak z Michałem nie pałają do siebie wielką sympatią. Jedyną osobą, którą nazywała przyjacielem był Razjel, który nauczył ją wykorzystywać magiczne zdolności. Rafał wprowadził ją w tajniki medycyny, jednak nigdy nie wytworzyła się między nimi tak silna nić sympatii.
Wygląd: Ciemne włosy, mleczna cera, jasne pełne wargi, szczupła sylwetka sprawiają, że anielice można nazwać zjawiskową. Pełna nieokreślonego wdzięku jak każda anielica, choć jest w niej coś, co odróżnia ją od reszty. Może jest to pewność siebie, a może spokój bijący z każdego ruchu i całej jej sylwetki? Razjel określił ją kiedyś jako najbardziej eteryczną istotę, którą miał zaszczyt poznać, natomiast Gabriel patrząc na nią miał skojarzenia z gwiazdą. Sama Amitiel, choć świadoma swojego wyglądu, nie ma tendencji do popadania w zachwyt czy też samouwielbienie. Zachowała śnieżnobiałe skrzydła. Właścicielka oczu o kolorze Nieba.
Charakter: Zmienny. Zależny od dnia, osoby, pogody. Skomplikowana i złożona istota, która sama siebie do końca nie zna. Wierna zasadom i Tradycji. Nawet na Ziemi przestrzega reguł, które wpoili jej niebiańscy opiekunowie.
Informacje dodatkowe: Pomaga jako uzdrowicielka. Do tej pory zachowała kryształ w kształcie serca, który świadczył o jej zadaniu w Królestwie. Nie ma w zwyczaju, jak niektóre anioły, cytować Pisma Świętego- uważa to za bark szacunku. Dlatego też wiele razy była potępiana przez tych, którzy poznali ją za czasów pobytu w Królestwie.
[Karta będzie poprawiana. Witam serdecznie:)]

[ Witaj na blogu :D
OdpowiedzUsuńChciałabym jakiś wątek, jednak ciężko widzę jakiekolwiek powiązania pomiędzy nieupadłą anielicą i zdegenerowanym wampirem. Może masz jakiś pomysł?
Ah, a w średniowieczu nie było soczewek kontaktowych :D Tjak, kocham się czepiać, nie przejmuj się mną. ]
(Witam.)
OdpowiedzUsuńRzucała błyskawicami, piorunami kulistymi w drzewa. Coraz lepiej panowała nad swą mocą, choć mały przestrach wciąż jej ciążył na duszy. Dobuszczała do siebie wieść, że kiedyś energia może nad nią zapanować, czy coś gorszego. Czort wie! Bóg.. w niego to wcale nie wierzyła odkąd przybyła do Miasta Straceńców. Wszystko się zmieniło... Inne wartości stały się ważniejsze, niźli głubia wiara. Aniołki też zdają jej się obce. Jedynie jakeś Nefilim. Czyste dobro i miłosierne uczynki nabawiały ją wstrętem. Zawsze szukała dziury w całym.
Przystanęła na skraju wzniesienia. Z tego miejsca był piękny widok na pogrążone w mroku Graleyn. Z oddali parę mdłych płomieni.
"A gdyby tak teraz rzucić ogrom błyskawic.." gdybała sobie, ale nie zrobiłaby tego, oj nie... Tam przecież ma swych przyjaciół i ukochanego.
[ Witaaaj! Cholera, i mój pomysł na stworzenie postaci anioła poszedł się je... Wybacz. To już kolejna postać z którą mnie uprzedzili. No dobra, wątek z ześwirowanym Grabarzem?]
OdpowiedzUsuń[ Kurcze, najgorsze jest to, że pomimo faktu, że zaczęłaś nie mam zielonego pojęcia jak mogłoby dojść do spotkania pomiędzy nimi. Huh.]
OdpowiedzUsuńChwila odpoczynku i znowu rzucała błyskawicami. Trening czyni mistrza...
OdpowiedzUsuńTym razem świecąca kula uderzyła w ziemię niedaleko nieznajomej.
- Osz kurka... - mruknęła. Dopiero w ostrym śietle dostrzegła, że ktoś jest w pobliżu.
[ Chodzi tu raczej o pomysły jakby mogło to wyglądać, no wiesz ich światy i historie... Ale spokojnie, jestem taka niesamowita że stworzyłam nową postać, potrzebną mi do opowiadania i raczej wrzucę ją na bloga :3! Dobra, a co do wątku: KTO ZACZYNA?]
OdpowiedzUsuńChoroby nie dotykały nigdy takich jak on. Kiedyś ktoś zarządził, że urodzi się martwy, potem uznał, że umrze w cztery dni po porodzie, by następnie stwierdzić, że słabe dziecko należało wypędzić na ulicę, a nie trzymać pod swoim dachem i żywić z trudem kupioną strawą, na którą pracowała matka i starsze rodzeństwo… To było tak dawno. Minęły lata, a on ciągle pamiętał tamte podsłuchane rozmowy jego matki. Zawsze go broniła, choć rzeczywiście, wiecznie chore dziecko zawsze sprawiało problemy. Miał osiem lat… Już ponad pół wieku.
OdpowiedzUsuńRozmyślał oparty o barierkę oddzielającą kładkę od wody, nad którą piął się ten prowizoryczny, drewniany mostek. Było stamtąd widać dom do którego niedawno ktoś się wprowadził… Kolejny medyk sprowadził się do miasta. Czyżby znów w okolicy miały zacząć padać szczury? Jako dziecko bał się widoku martwego szczura – zwiastował zawsze powrót dżumy.
Przed domem nowego medyka chrzątała się jakaś kobieta. Może to ona była ową lekarką? Przyglądał się jej może nawet trochę zbyt otwarcie, nie dbał wcale o to czy go widziała. Właściwie w owej chrzątaninie nie było nic dziwnego. Dopiero przed chwilą zrobiło się ciemno. Wynn ledwie się obudził i od razu poszedł do miasta. Lubił oglądać je zaraz po zmroku. To dawało choć odrobinę możliwości wyobrażenia sobie tego jak wyglądało za dnia.
- Oj przepraszam JAŚNIEPANIĄ, ale w dobruchne aniołeczki i takie tam głupoty nie wierzę - warknęła przyglądając się nieznajomej.
OdpowiedzUsuń- Kury, kury by mi było szkoda... Nie zabijam biedne zwierzęta.
- Pff! Prędzej wszystkich ludzi wybije niźli jakieś zwierzę tknę. Nadludzi w to nie mieszam, ale szaraczki i owszem - mówiła patrząc na nią z pogardą.
OdpowiedzUsuń- A co nie jest tak? Aniołeczki - słudzy boga ble ble.. chetne do pomocy; muchy nie skrzywdzą, tylko po co niby miałby jakiś wylądowac na tej brudnej Ziemi, hm? Głupota.
Heshtje nigdy nie kryła swej nienawiści do wszelakich ludzi. Aniołów tez sobie nie oszczędzi...
Stał na mostku, obserwując kobietę. Zauważyła jego spojrzenie, więc wymusił na twarzy lekki, nie do końca przyjemny uśmiech i skinął nieznacznie głową. Ten nieznaczny, drobny ruch spowodował jeszcze większe jego rozbawienie. Wynn istotą był dość charakterystyczną… właściwie wszystko go bawiło. Świat był dla niego jednym, wielkim teatrzykiem.
OdpowiedzUsuńPo chwili zastanowienia ruszył w jej stronę.
- Witaj, pani. – odezwał się cicho. – Niedawno sprowadziłaś się do miasta, prawda? Jest pani medyczką? – zapytał, chociaż widział to już jej oczach, w jej ruchach, w niej. Pielęgniarki i pomocnice zachowywały się inaczej… A Wynn intuicję miał taką, że pozazdrościłaby mu nie jedna kobieta.
- Interimo adapare dori me. Ameno ameno lantire - prawie zaśpiewała z fałszywym oddaniem miejąc złozone dłonie jak do modłów.
OdpowiedzUsuń- Mam być dumna, ze ludzie nie szanują natury, a ja jestem w części jedną z nich? Mam się prężyć dumnie, kiedy ludzie szkodzą sobie i innym? Już wole być zwierzakiem.. dzikim zwierzakiem kierującym się instynktem. Aniołek? Skrzydlate coś, pomiot jakiś; przynies, zanieś, pozamiataj. I tak podobno bóg ceni sobie bardziej szaraczków od was. Nie zazdroscisz?
[Echh. To będziesz musiała chwilę poczekaj na powrót weny, której ostatnio mam braki.]
OdpowiedzUsuń(Wiem, ale co nieznaczy, że mogła się bawić pseudo łaciną. Dziękować za uwagę ^^)
OdpowiedzUsuń- Nie potrzebne mi takowe informacje, skoro to tylko jakieś tam wierzenia. Też mogę byc święta - zaśmiała się głośno.
Pstryknęła palcami, przez co pojawiła się błyskawica. Uformowała ją w świetlisty krążek i uniosła nad głowę - O widzisz?
Kpiła z niej, nazwyczajnie świecie po prostu z niej kpiła. To, że znała jej pseudonim, nie zrobiło na niej wielkiego wrażenia. Przecież jest znana...
Wynn nie wpadł na to, że medyczka mogłaby zauważyć, że nie jest człowiekiem. Nie było tego po nim widać. Nie spodziewał się też, aby ona była kimś więcej. Nadal zapominał, że po mieszkańcach Miasta Straceńców należy spodziewać się wszystkiego, że trzeba być zawsze czujnym i absolutnie na wszystko przygotowanym. Czasami czuł się jakby to ciągle było jedno z normalych, zwykłych miasteczek, gdzie po ulicach nie chodzą anioły, w karczmach nie piją wilkołaki, a elfy nie prowadzą targowych straganów. Zbyt łatwo było zapomnieć. Stanowczo zbyt łatwo.
OdpowiedzUsuńNie wyczuł w kobiecie innego, obcego człowieka. Obleczona w ludzkie ciało, pozbawione skrzydeł, była dla niego jedynie zwykłą medyczką, która sprowadziła się do miasta kierowana swoimi absolutnie zwykłymi, nieinteresującymi sprawami. Wynn nie rozpoznawał od tak innych ras. Magia była mu obca.
Wampir spojrzał jej w oczy. W półmroku brązowe ślepia opalizowały jak u zwierzęcia, lecz można było z łatwością to przeuważyć i zwalić na grę świateł pochodni.
- Mieszkam tu od ponad pół roku, pani. To dobre miasto. - powiedział, przesuwając ręką po balutradzie okalającej schody. - Ludzie chorują i będą chorować. Dla uzdrowicieli zawsze znajdzie się zajęcie. Nie jestem chory. Chciałem się przywitać - dodał, na wszelki wypadek. Ciągle nieświadomy, że ona wie.
- To wydłub sobie oczy - parsknęła śmiechem.
OdpowiedzUsuń- Skoro już tak siebie oceniamy to.. ja - zaczęła wymachiwać rękami przymykajac oczy. - To ja widzę hybrydę wielkiego ptaszyska z ŻAŁOSNYM człeczkiem.
Przeciągnęła się leniwie. Drwiący uśmieszek wciąż zdobił jej twarz.
- Aniołki grzecznie siedza sobie w Niebie, a nie zabierają czyjeś błyskawice. Po co tu jesteś? By się czepiać?
Przyglądał się jej przez chwilę z irytującą wręcz, typową dla niego uwagą, jakby próbował przeniknąć jej naturę, jakby dobrze wiedział, że nie jest tym za kogo się podaje. Było to jednak tylko złudzenie. Nie był niczego świadomy, a ciemne oczy widziały człowieka. Niezwykle urodziwą kobietę, która patrzyła na niego z delikatnym, uroczym uśmiechem na twarzy, który od razu zapadł mu w pamięci. Tak jak i spojrzenie oczu w kolorze najgłębszego błękitu.
OdpowiedzUsuńOpuścił głowę, zdając sobie sprawę, że wpatruje się w nią nazbyt intensywnie. Na jego twarz spłynęła kurtyna brązowych włosów ukrywając lekki uśmiech rozbawienia własnym zachowaniem. Stary człowiek, a zachowuje się jak młodzik…
- Byłbym zaszczycony, pani. – powiedział unosząc głowę i znów spoglądając na nią. Iskierki rozbawienia jeszcze nie zniknęły z jego oczu. – Wynn. Po prostu Wynn. –przedstawił się krótko. Niekórzy ludzie mieli problemy jak się do niego zwracać. Jak do biednego chłopa? Jaki chłop nosi na palcu szlachecki sygnet i srebrne pierścienie? Jak do szlachcica? Jaki szlachcic wdziewa kawał szarej szmaty zamiast olśniewającej bieli koszuli i każe mówić do siebie „Wynn” nie uświadamiając całego światu jakiego jest herbu ? Mieszczanie też się pysznili.
Wszedł do domu kobiety, idąc za nią w milczeniu przez jakiś czas. Mimowolnie zmrużył oczy, które straciły większość nienaturalnego blasku, kiedy dobiegł go blask świec zapalonych we wnętrzu. Przeczulony wzrok szybko się przyzwyczaił do nikłego oświetlenia, jednak w pierwszej chwili zawsze miał problem. Tak jak wtedy kiedy nieopatrznie spojrzał prosto w pochodnię i na jakiś czas tracił ostrość widzenia, do czasu kiedy oczy nie przyzwyczaiły się do światła. Mógł swobodnie przebywać w bardzo jasnych pomieszczeniach, jednak trzeba było dać mu trochę czasu. Nadal pozostawał stworzeniem typowo nocnym, niezdolnym do życia w pełnym świetle.
OdpowiedzUsuń- Nie mam czego Ci wybaczać, Amelio – powiedział cicho. Nie lubił hałasu. Nienawidził podnosić głosu. – Nie piję alkoholu. Zdrowie mi na to nie pozwala. – dodał. Bardzo często powtarzał te słowa. Zbyt często, by zapomnieć, że do medyczki ich mówić nie powinien. Ciężko byłoby mu wytłumaczyć, ze jego przypadłością jest brak trawienia od czterdziestu lat. I ogólna martwość.
- Dawno sprowadziłaś się do miasteczka? Z daleka pochodzisz? – zapytał, przytrzymując chybotliwy stół, by nie dopuścić do tragedii.
Czy mówiłam już, że Wynn nie był eurydytą i kiedy Amelia wspomniała o jego przypadłości, pomyślał, że wzięła go za kogoś, kto trochę za bardzo lubi wypić i nie za bardzo umie to opanować. Czy coś. Mniej więcej tak obrazowały się jego myśli.
OdpowiedzUsuń- Źle się czuję po alkoholu. – naprostował jej myśli. To znaczy; myślał, że to zrobił. Może i za ludzkich czasów był zwykłym, przeklętym pijaczydłem, ale i tak go to obraziło. – Nie kłopocz się pani, Amelio. Nie trzeba mi nic do picia. Tak krótko pani jest w mieście? Pozostaje się nam cieszyć, że zechciałaś zamieszkać właśnie tu.
Ciemne oczy przesuwały się po pomieszczeniu bez większego zainteresowania. Kuchenny stół, palenisko, miedziane garnki. Co jakiś czas zatrzymywały się na osobie Amelii, by po chwili znów wznowić swoją bezcelową wędrówkę po pomieszczeniu. Po jej słowach natychmiast się zatrzymały. Mężczyzna znieruchomiał. Potem spojrzał na nią, a przez krótką chwilę w jego wzroku nie było absolutnie nic ludzkiego. Najprawdopodobniej gdybyś zapędziła wilka w kąt też by tak na Ciebie spojrzał. Z mieszaniną zdziwienia, złości i lęku w oczach. Z przewagą ewidentnego poczucia zagrożenia, pod maską agresji.
OdpowiedzUsuńZ trudem się opanował. Mimo wszystko czasem ciężko wygrać z instynktem.
- Piją. Choć nie to co Wy. To chyba głupie pytanie. – odpowiedział cicho, jeszcze ciszej niż mówił wcześniej i wpatrywał się w nią, z pozoru spokojnie, wszak jego ton nie zmienił się znacząco, a żaden mięsień nawet nie próbował się spiąć. Jednak coś musiało mówić Amelii, że gotów był zaatakować. Naprawdę ciężko wygrać z instynktem. Szczególnie, kiedy myśli się, że wpadło się w zasadzkę. I absolutnie nie wie co się dzieje.
Rozejrzał się jak spłoszone zwierze. To był człowiek… Prawda? Miał taką nadzieję.
Trzeba przyznać jasno. Spanikował.
W Graleyn nie powinien tak reagować. Był przecież świadom, że codziennie do miasteczka sprowadzali się nowi nieludzie, którzy potrafili wyczuć w nim wampira i nie chcieli zrobić mu krzywdy… Jedynie porozmawiać. Napić się miodu. Mimo wszystko nawyki wyrobione przez wiele lat życia w ukryciu i względnej samotności wyrobiły w nim pewne reakcje. W obronie własnej tajemnicy mógłby ją zabić we własnym domu zanim by się zastanowił. Przynoszenie śmierci przychodziło mu z nadzwyczajną łatwością, trzeba przyznać.
OdpowiedzUsuń- Kim jesteś? – zapytał sucho, puszczając kant stołu, który dotąd niby podtrzymywał, o mało co nie zmieniając go w kupę drzazg. Popatrzył na stół jakby chciał go przeprosić. – Wybacz. Nie chcę skończyć w lochu inkwizycji. Polują na mnie – powiedział cicho, nadal na nią nie patrząc. Dopiero po jakimś czasie uniósł wzrok na kobietę. No tak. Takie oczy nie mogły należeć do człowieka. Że też wcześniej nie zauważył.
Kiedy mówił było widać w jego ustach kły.
- Jakkolwiek to zabrzmi, nie wierzyłem nigdy, by anioły tak po prostu schodzą na ziemię. Dotąd spotykałem tylko Upadłych i nefilim. – przyznał, a po jakimś czasie, jakby z żalem dodał. – Upadli nie wiedzieli dlaczego ich strącono, a nefil próbował mnie zabić. – Powiedział. Zadziwiające, że tak idiotycznie się żalił. Może chciał usprawiedliwić swoje głupie zachowanie?
OdpowiedzUsuń- William Hyantell – przedstawił się, uśmiechając lekko. Chciał dać do zrozumienia kobiece, że jej ufa. Co prawda w przypadku zagrożenia nadal gotów był rozszarpać jej gardło, ale do turzego trzeba się przyzwyczaić. Był nieco przeczulony na własnym punkcie.
Z trudem powstrzymał się przed cofnięciem o krok. Nie obawiał się teraz odkrycia, a jej samej. Chociaż żył w tym świecie już jakiś czas, nadal boleśnie odczuwał, że jest niczym przy potężnych istotach zamieszkujących to miasto. Czym przy magii i szalonych umiejętnościach tych stworzeń była nieproporcjonalnie duża siła fizyczna i miliony słabości wampira?
OdpowiedzUsuńTrzeba przyznać, że był dość tchórzliwy jak na nieumartego. Przerażała go magia, we wszystkim tym widział zagrożenie, jednak postarał się nie okazać tego po sobie. Jedyne co było widać na jego twarzy to ślad zakłopotania. Gdy chciał, potrafił ukrywać emocje.
- Ci, którzy polują na wampiry uważani są za tych dobrych – zauważył. – I w pewien sposób to rozumiem, jednak nie chcę zginąć. Kocham moje życie, w tej formie. – Odwrócił wzrok od Amelii. Nie wiedział czy miał prawo to powiedzieć. Nie wiedział, czy miał prawo w ogóle się do niej odezwać. Niegdyś był bardzo wierzący. Uważał się za potępionego i nie odważał się podnieść wzroku w obliczu krzyża, powtarzając tylko jak mantrę przepraszam…
Potem się to zmieniło, jednak coś w sercu pozostało. Nadal uważał swoją miłość do swego żywota za grzech. Nie mógł jednak powstrzymać tego, że kochał życie w mroku. Nie kochał niczego tak bardzo jak śmierci i smaku krwi.
- Ja nie wiem nic o Aniołach. Prócz tego co mówił ksiądz, kiedy jeszcze przekraczałem progi świątyni. – Na jego twarzy zamajaczył lekki uśmiech.
- Lepiej się już nie odzywam. Też mam spaczone spojrzenie. Na świat. Na wszystko, madmoiselle. Wybacz mi więc moje zachowanie. A moje myśli w tym momencie są w tym momencie dalekie od chęci dokonania jakichkolwiek aktów przemocy. Ufam Ci, Amelio… Amitiel. – dodał po chwili, wypowiadając to imię powoli i z przyjemnością wysłuchując jego miłego dla ucha brzmienia. – I nie mam zamiaru Cie zdradzać. Jesteśmy po tej samej stronie… w pewnym sensie.
OdpowiedzUsuńZamyślił się na chwilę. Wynn pamiętał, jak wydawał Inkwizycji innych… Lecz teraz nie miał powodu, prawda?
Obszedł stół na około i usiadł spokojnie na krześle, nie zwracając uwagi na to, że kobieta stała. Wszak poprosła go wcześniej o rozgoszczenie się, prawda? A on był leniwą bestią.
- Nie wiem co mam Ci powiedzieć. Mieszkam trochę w tym miasteczku, przyjechałem z Tilglen w wschodniej prowincji. Mówią mi Wynn, jak już mówiłem. Na imię mi Will. Nie wiem co byś chciała usłyszeć, droga Amitiel. Mogę tak do Ciebie mówić? Co Ty tu robisz, myślałem, że Niebo będzie o niebo przyjemniejszym miejscem, niż nasza brudna ziemia….
- Będę robić to co mi się podoba. Moja wina, że jestem człowiekiem, a nie omnibusem? - warknęła. To zaczynało być nurzące.
OdpowiedzUsuń- Dowiem się w końcu co tutaj robi krzyżówka ptaka z człowiekiem zamiast być w Niebie? Chcesz się wywyższać?
Uniosła brwi i skrzyżowała ramiona.
- Nudne to musi być życie kapłanek. – zauważył z rozbawieniem. Nie chciał jej dokuczyć. Pewna wrodzona złośliwość i skłonność do drażnienia innych, mimo, że w duchu przyjaźni. Tak, Wynn stanowczo nie umiałby żyć w celibacie. Jednak wobec Amitiel zachowywał się w porządku, co najwyżej czasami na zbyt długo zawieszał na niej wzrok. Przypadkowo.
OdpowiedzUsuń- Co masz na myśli pytając, czy jest mi ciężko? Nie znam innego życia. Było inaczej, lecz dziś widzę to jak opowieści obcego człowieka. Nie znam nieba ani piekła ani innych światów, ani innych żywotów. Nie tęsknię do słońca. – wzruszył ramionami. Powoli na powrót przyzwyczajał się do swojego imienia. Kiedyś nie mógł go używać. Wszyscy wiedzieli, że Will Hyantell umarł wraz z żoną w płomieniach zaprószonych w ruinach. Teraz jednak minęło już zbyt wiele lat…
- To ty zaczęłaś się wtrącać w nieswoje sprawy - prychnęła. Nic sobie nie robiła z jej słów pełnych pogardy. W końcu to tylko jakiś tam pierzak.
OdpowiedzUsuń- Spokój? Na Ziemi? No co ty.. - zasmiała się.
- A bądź jaka sobie chcesz. Pierzaki powinny być raczej milusie. Zresztą, mało mnie to interesuje. Zjawiłaś się na moim miejscu ćwiczeń, więc tu raczej spokojnie nie jest. Mam prawo robić co mi się podoba, więc gadaj zdrów...
- Bywa i tak. Choć pewnie tam nie śmierdzi jak w miastach – stwierdził wesoło. – Nie byłaś Kapłanką… Ale nie pochodzisz… stąd, prawda? Nie byłaś taka jak my, człowiekiem? – zapytał. Złośliwi uczepiliby się, że przecież już nie był jednym z ludzi. Jedynie parodią go udającą. Stworem żyjącym tylko dla krwi do złudzenia przypominającym człowieka.
OdpowiedzUsuńZamilkł na chwilę. Pomyślał o minionych setkach lat, które miał okazję widzieć Rewan, jego nie tyle co stworzyciel, a osobisty dręczyciel i jednocześnie opiekun. Potem o sobie.
- Mam 63 lata. Umarłem w wieku dwudziestu sześciu – powiedział cicho wędrując wzrokiem po pomieszczeniu. Marnie to brzmiało. Pierwsze spotkanie Amitiel z wampirem i tak wyglądało całkiem nieźle. Wynn czasami był typowym źródłem złych doświadczeń z wampirami.
- Skoro są idiotami i ja po części też, no cóż darza się. Jak byś mogła być tak MILUSIA i zrobiła taką deseczkę, to będzie pięknie! Tylko, że nikt nie domysli sie o kogo tutaj chodzi...
OdpowiedzUsuńZrobiła przesłodziutką minkę.
- Wiesz? chyba odkryłam swe POWOŁANIE, ha! - rzekła zadowolona. Przechyliła głowę delikatnie na jedną stronę.
- Ej.. ja potrafię kochać! Ale coś co jest realne. Kogoś.. i dość dużo ICH , ale nie nieskończenie.
On nie wiedział, że ona nie wie. Bo skąd miałby wiedzieć? Oczywiście, w Królestwie słowo „wampir” nie było tak znane jak na przykład w Polsce, albo na Rusi, ale mimo wszystko każdy, kto je znał, kojarzył je przede wszystkim z morderstwami. I mieli rację. Wynn miał już na koncie setki ofiar. Ponad dziesięć tysięcy dusz, jak twierdził jego przyjaciel, tłumacząc wampirowi ile to jest. Wynn nie potrafił zbytnio liczyć…
OdpowiedzUsuń- Moja rodzina umarła w podobnym czasie, kiedy i mnie trafiło. Choroby, morderstwa, a w końcu moja wina. Z licznego rodu pozostała mi siostra, którą dzisiaj mogę nazwać starą kobietą. I przyjaciel, który chciał mnie zabić w imię stworzyciela. Wszyscy pomarli. Lecz moja najukochańsza Różyczka żyje. Jeszcze. Nie wiesz ile bym zrobił, by móc jej wrócić młodość.
Westchnął cicho.
- Śmierć jest częścią mojego istnienia. Nie powinienem na nią zważać. Ale śmierć tej jednej osoby…
(tak ta sama nie zmieniona juli z PF)
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę się nie odzywał. Imię siostry zabrzmiało tak dziwnie w jej ustach. Z tego co wiedział, Różą, czy w ogóle Różyczką nazywał ją jedynie on. O ile się nie mylił, nikt nie słyszał tego miana przez prawie czterdzieści lat. Jego rodzina miała raczej uniwersalne imiona, tak jak i pochodzenie zahaczające w ostatnich pokoleniach o co najmniej trzy kraje. Jego siostra miała na imię Rosalind. Biorąc pod uwagę jej wybuchowy charakter, nikt nie próbował nazwać jej uroczym zdrobnieniem. Wynn uśmiechnął się mimowolnie pod nosem. Czy Róża była jedyną istotą na świecie, którą kochał? Możliwe. Nie miał w zwyczaju się zakochiwać, było to stanowczo zbyt niepraktyczne.
OdpowiedzUsuń- Tak. Rosalind to moja młodsza siostra. – uśmiechnął się lekko, kiedy zorientował się, że chciał znów użyć zdrobnienia, nazywając ją „siostrzyczką”. Najprawdopodobniej nigdy się to nie zmieni. Bał się jej śmierci. Choć nie rozmawiali przez czterdzieści lat, a od czasu jego domniemaej śmierci spotkali się tylko dwa razy, kiedy Róża umrze, dopiero wtedy będzie samotny.
(Pięknie się opisałaś. teraz wracaj pod mój post, jak chcesz, stwórz sytuację, w której postacie mogły się napotkać.)
OdpowiedzUsuń( z niczego Ci nie ukradłam Serafina. Tym bardziej nie wiem o jakiej Undzi mówisz. Nie kojarzę. Wymyśliłam to sama tworząc swoją historie)
OdpowiedzUsuń- Albo wnuk. – wywrócił oczami. – Biorac pod uwagę, że William zginął jako dwudziesto sześciolatek. I wszyscy wiedzą, że nie miał dzieci. – Zaśmiał się cicho. – Nie lubię bękartów. – Wywrócił oczami, nie potrafiąc ukryć swojego rozbawienia. Ciemne oczy błyszczały w półmroku, pełne wesołych iskierek.
OdpowiedzUsuń- Tak naprawdę, to wie czym jestem. Moja rodzina… Jest bardzo specyficzna, wiesz? Zawsze część z nich siedziała w dziwnych sprawach. Dziadek oprócz gonienia z mieczem za Turkami zajmował się ubijaniem potworów. A Różyczka twierdziła, że widzi duchy. Próbowali ją odesłać, bali się jej, ale czepialiśmy się siebie. Próbowaliśmy uciec z domu. Dwójka dzieci. Ja miałem jedenaście lat, ona siedem. Kiedy miała szesnaście lat po mieście rozeszła się wieść, że zdechło się nam z żoną. To długa historia. – westchnął cicho. Nie miał najmniejszego zamiaru przyznać się do tego, co doprowadziło do śmierci jego żony. Chciała zabić niewiernego, kłopotliwego męża i zostać wdową z majątkiem. Sprawiła, że stał się spadkobiercą wiosek ojca, a potem go sobie omotała. I chciała zabić. Zemsta była okrutna nawet na dzieło zostawionego samemu sobie, młodego wampira. Po latach Wynn wiedział, że przesadził. Są tortury, których nikt nie jest w stanie znieść. Właściwie ludzie nawet nie mogą ich doświadczyć w normalnych warunkach… Wynn sprawił, że Lydia mogła. Potrząsnął głową. Czy to była jedna jedyna rzecz, której żałował? Nie samo morderstwo. To co zrobił wcześniej…
- Nie wiem czy te duchy istniały. Jako młódka przestała o nich mówić. Jakiś czas temu, gdy o mało co nie zginął pewien człowiek, który towarzyszył mi od dziecka zorientowałem się, że minęło już pół wieku. Że wkrótce umrze. Albo już nie żyje. Pojechałem do Caans, a ona na mnie nawrzeszczała, że ją zostawiłem. I zrobiła mi zapas ciasteczek owsianych do końca świata. Szkoda, że nie jem. – Zaśmiał się wesoło, starając się zapomnieć o wrzaskach Lydii, gdy była zamknięta w lochu. Jeszcze przez jakiś czas słyszał niezrozumiałe krzyki i błagania, które nie miały już słów - szaleństwo odbiera zdolność formowania myśli. Potem wizja zniknęła. – Nie chcę żeby ona umarła. Gdybym wtedy miał trochę oleju w głowie, zabrałbym ją ze sobą i przemienił. Teraz jest już za późno. Żadna magia nie cofa czasu, prawda?
To był chore… Żył w takim miejscu i przez to wciąż miał wiarę, wiarę w to, że jednak coś zrobi. Róża ucieknie śmierci. Nie mógł zrozumieć, że ludzie nigdy jej nie uciekną. Śmierć dopadnie każdego człowieka. Nawet jego dopadała. W każdej chwili. Kiedy wodził wzrokiem po delikatnym błękicie żył na ciałach ludzi, kiedy spacerował po nocnych uliczkach, w mroku szukając tych, po których ikt nie będzie tęsknić. Choć wierzył w to, że nie umrze, śmierć miala go w swoich szponach. Żaden człowiek jej nie ucieknie…
[ Kurde, wybacz. Mam czasami takie dni, że kocham gadać. Mam nadzieję, że chce Ci się to czytać :P]
[ Przesadzasz. Nie bierz urlopu, bo już kompletnie nie będę mieć z kim pisać! A pisze się całkiem dobrze. Jak widzisz chce mi się odpisywać i mam w tym wątku wenę, czyli jest bardzo dobrze. XD]
OdpowiedzUsuń[ Wybacz, ale ostatnio z weną u mnie było krucho. A jak dostałam, nie miałam dostępu do kompa...]
OdpowiedzUsuńNecro był specyficznym człowiekiem. Zupełnie różniącym się od innych ludzi wyglądem, zachowaniem i charakterem.
Był inny i można było to dostrzec przy samym obserwowaniu tego z jakim oddaniem chowa do ziemi kolejne trupy, od których wręcz unosił się świeży aromat śmierci... A zapach śmierci był wyjątkowy i tylko wyjątkowi byli wstanie poczuć ten słodkawy zapach, bijący od idealnie czarnej, mrocznej aury otoczonej wokół trupów i Nekromantów. A ci drudzy mieli ową aurę intensywniejszą i w wyglądzie i zapachu... Ale jak wspomniałam tylko wyjątkowi byli w stanie to poczuć.
Necro miał do czynienia z trupami i śmiercią o wiele częściej niż inni ludzie... Ba! Nawet sam już kilka razy się o nią otarł. Nie bał się jej. Nie, jeśli miała przyjść do niego samego. Ona była czymś, z czym potrafił igrać.
Ale gdyby miała przyjść do osoby którą kocha, lub która jest jego przyjacielem...
Do tego ma szereg innych rzeczy których boi się ponad wszystko... Ale to nie czas i miejsce by o nich wszystkich pisać.
Teraz Necro, w sumie mając wolne od kopania dołów i wykonywania nagrobków, szedł radośnie na "Czarny Rynek" który od czasu do czasu pojawiał się w miejsce. Musiał nauczyć swego ucznie podstaw warzenia podstawowych eliksirów, które przydadzą się nawet Nekromancie, a do tego potrzebował różnych ziół, które niestety skończyły mu się.
- No wierzę w ludzi, wampirki, magów i innych nadludzi. Nawet ich kocham. Możesz negować mym uczuciom i uważać mnie za gruboskórnego człeczka. Twoja wola.
OdpowiedzUsuńWzruszyła ramionami.
- Materialny dowód? No to mówię, żeś jakaś hybryda ptaka z człowiekiem. Moje powołanie, to męczenie ciebie, Pierzaku.
[to od razu mów żeś Ty Unda, a nie ze od undzi ściągnęłaś.Nie zrozumiałam , że to Ty kochana]
OdpowiedzUsuń- Męczyć, bawić.. jedno mi. Nie porównuj mię do wszystkich. Każdy jest przecież inny - rzekła niedbale i wzruszyła ramionami.
OdpowiedzUsuń- O! Dziękuje za pokłony, dziękuję!
Choć myśli wampira krążyły wokół płomieni, krzyków umierającej i jej cierpienia, to początkowo nie zrozumiał. Znów zapomniał, że jego towarzyszka nie jest jedynie zwykłą kobietą, ale aniołem. Z drugiej strony, skąd wiedziała? Jak wyczuła? Popatrzył na nią wzrokiem, wyrażającym przede wszystkim niezrozumienie. Dopiero po jakimś czasie się opanował.
OdpowiedzUsuń- Zrobiłem kiedyś błąd… – mruknął, siląc się na normalny ton…
Lecz w jego głowie ciągle roznosił się głos ginącej w płomieniach Lydii.
Wpatrując się i przeglądając stare akty sprzedaży, jego uszy wysłuchały jakieś obce dźwięki. Nie były to strugi deszczu, ani konie w stajni, bo i węch go nie oszukiwał.Wychylił się przez okno. Jakaś kobieta, pewnie przyłapana przez deszcz... Westchnął cicho, po czym wymruczał zaklęcie, niepozwalające zmoczyć go przez krople. Odbijały się one jakieś dwadzieścia centymetrów nad nim. Zmierzał w kierunku dziewczyny, spokojnym krokiem.
OdpowiedzUsuń-Wejdzie Pani, czy najpierw da się obmyć deszczem? -uśmiechnął się, podchodząc do niej.
Jeśli dobrze rozumiał to co robiła, to gdy przestanie myśleć o Lydii, ona przestanie widzieć to, co odtwarzał sobie w myślach. Próbował więc, jednak próby niemyślenia, zwykle skutkują myśleniem. Paradoksalnie zawsze tak było.
OdpowiedzUsuń- To było dawno temu. To była morderczyni. – powiedział cicho wstając i podchodząc do okna i wyglądając na rzekę i mostek, gdzie wcześniej stał. Gdyby Amitiel patrzyła mu w oczy, mogłaby się wystraszyć sprzeczności emocji w nich.
-Myślę, że nic nie szkodzi... -zawiesił rękę nad jej głową.
OdpowiedzUsuńTeraz, idąc przez deszcz, jej też krople nie dosięgały. Zaprosił ją do małej chatki, zawalonej księgami i pergaminami, które gnieździły się na półkach. Rozbawione płomyki w kominku, biegały po drewnie, przybierając różne kształty. Słychać było przyjazny chichot z małego, czarnego pudełka. Izbę oświetlały płomienie zawieszone pod sufitem i lekko nad ziemią, gdzieniegdzie latały małe stworzonka: to zielone, czerwone, różowawe czy żółte, dające kolejne źródła światła.
-Sio.. -mruknął cicho elf, odganiając je.
Dariel zrobił naparu z mięty i wskazując kobiecie jeden ze skórzanych, miękkich foteli, stojących przy kominku.
-Usiądzie pani... dziś pogoda mało łaskawa. -podał jej herbatę -na imię mi Dariel.
Wybuchnęła niepochamowanym śmiechem. " Raany.. najpierw się wykłóca o pierdoły, a teraz będzie spać". Spojrzała na nią z nieskrywaną drwiną i wróciła do przerwanego zajecia - rzucania błyskawicami. Trening czyni mistrza..
OdpowiedzUsuń( Kończymy, tak? :))
Radiowóz zatrzymuje się przed wielkim, grubym murem. Nad nim widzisz dumnie wznoszący się budynek. Funkcjonariusz policji otwiera tylne drzwi samochodu. Wyciąga Cię na zewnątrz. Nadal masz zakute w kajdanki ręce. Rozglądasz się wokoło. Zupełnie nie wiesz gdzie jesteś. To miejsce nie przypomina tego, w którym byłeś ostatnio, nawet płyty chodnikowe wyglądają inaczej. Według niektórych służb taka terapia szokowa ma nakłaniać do zmian.
OdpowiedzUsuńJeden z policjantów pchnął cię do przodu. Idziesz przed siebie. Zbliżasz się do czarnej, żelaznej bramy. Przy niej zatrzymuje Cię drugi funkcjonariusz. Za bramą stoi dwóch mężczyzn o szerokich barkach ubranych w granatowe mundury. Na piersi po prawej mają małe tabliczki z nazwiskami. Gdzieś z oddali idzie mężczyzna w czarnym garniturze. Poważny i wyprostowany. Brama się otwiera i wpuszczają Cię do środka. Policjanci ściągają ci kajdanki. Jeden z nich życzy Ci miłej zabawy w Szkole dla Trudnej Młodzieży.
Szkola-Dla-Trudnej-Mlodziezy.blogspot.com