Zhaotrise Starsza Krew, Hen Ichaer - Iskra
OPIS: Jeśli dobrze oceniła odległość i jeśli znów nie zlekceważyła zbocza góry, dotrze tam przed zmrokiem, jeśli wyruszy natychmiast. Obejrzała się za siebie na konia stojącego nieopodal. Była to klacz, klacz biała, nakrapiana w czane cętki, przy czym była niesamowicie uparta i niemożliwa, nic nie robiła sobie z Iskrowych szarpań wodzami i uparcie szła swoim torem. Elfka jednak, mimo wielu wpadek, które to zawdzięcza właśnie swemu wierzchowcowi, nigdy nie zamieniła by jej na jakiegokolwiek innego konia. W., bo takie to miano nosi klacz, mało obchodzą natomiast odczucia Iskry względem jej, końskiej osoby. Póki jest owies, jest i W. *** Droga była niebezpieczna, usiana kamieniami, kamyczkami, kamyczkusiami i kamyczeńkami i jeszcze wieloma innymi odłamkami skał, na które Iskrze zabrakło już nazw. Ile można zdrabniać wyraz kamień? Uparcie szła w dół, co jakiś czas oglądając się na W. która stawiała kopyta ostrożnie, przy czym robiła to strasznie wolno. Na twarz elfki wkradło się zrezygnowanie i całkowita kapitulacja. - Jak bogów kocham, wymienię cię w najbliższej stajni na coś lepszego! Nawet muł byłby lepszy! - to krzycząc, Iskra ruszyła szybkim krokiem w dół. Machała rękami zamaszyście, jak gdyby była jakimś żołnierzem z regularnej armii. W. prychnęła i dalej stawiała ostrożnie kopyta. *** Strój złodziejki był nieskomplikowany. Była nim prosta, czarna tunika z długimi rękawami sięgająca połowy uda, ciemne skórzane spodnie i buty podciągnięte niemal po kolana na niewielkim obcasie. Raz po raz wyklinała ostatni krzyk mody wśród możnowładców. A rozsądek podpowiadał "Iskra, zostaw te buty". Ale przecież biedota nie powinna wybrzydzać. Do pasa, który to zwinęła z jakiegoś loszku w Damaszku, miała przytoczony sztylet. Kunszt jej przodków zachwycał każde oczy, czy to krasnouda, czy elfa, czy bogowie wiedzą czyje. To był też głównie fakt, dzięki któemu ludzie od razu ją kojarzyli i zwykle, po paru godzinach musiała uciekać, jeśli nie chciała zostać nadziana na widły. Ludzie nie lubili złodzei, nawet tak finezyjnych jak Iskra, która była doprawdy mistrzynią swego fachu, jak i kwintesencją manipulacji i nieuczciwości w jednym. Taki mały, prywatny demon, jak to określał Erian. Prócz tego, elfka nie żałowała sobie świecidełek. Jej ulubieńcami były kolczyki, splot srebra z jakimś kamieniem, któego Iskra nie potrafiła określić jednym słowem. Te dwie kosztowności zwykle zdobią uszy elfki, niemal zawsze skryte pod kaskadą ciemnych włosów. Na palcu lewej dłoni, na palcu wskazującym nosi pierścień. Nieznanego pochodzenia jest on, wyglądający jak obrączka. Jednak, pierścień ten wyryte ma na sobie słowa... Słowa pradawnego języka elfów. Nie dane jednak jest to zobaczyć każdemu, bowiem dłonie elfki zwykle schowane są w ciemnych rękawicach. W rękawach, czy to w spince, która zdobi jej włosy ma pochowane różnego rodaju i wielkości wytrychy. Do tego, by obraz pełnym mógł się stać, należy dodać jeszcze ciemny płaszcz zapinany klamrą pod szyją. Doszyty do niego był także głęboki kaptur, który pozwalał elfce na okrycie twarzy gdy wymagała tego sytuacja. I tak właśnie ubrana wkroczyła do miasta, gdzie wszystko się skończyło dając początek nowemu. Wszak zawsze coś musiało się skończyć, by zacząć mogło się... Coś. *** - Cztery srebrniki. - Dwa. - Cztery. - Dam trzy i koniec. - To ja chcę dziesięc. - Dobrze, niech będą cztery... Brzdęk monet o blat drewnianego stołu gospody Zielonego Smoka wywołał na twarzy elfki nieznaczny uśmieszek. Wprawdzie, nagroda za informacje jakich dostarczyła była marna, ale przeżyje za to parę dni. Parę dni o pełnym brzuchu, pod szczelnym dachem, trzeba zaznaczyć. Zleceniodawcą był jej człowiek, o jednym oku ślepym, a drugim w barwie czerwieni. Elfce nie podobał się ten człowiek, ale pracy się nie odrzuca przez takie błahostki. Szybkim ruchem zgarnęła monety, a on gwizdnął. Mężczyźni oderwali się od stołów rzucając się na Iskrę, a ta odskoczyła w bok. Więc chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Sprzedała kopniaka jednemu z drabów, drugiego walnęła stalowym kubkiem w głowę, trzeciego podcięła i wypadła z karczmy. Ale tam czekały na nią straże. Dostała po głowie drewnianą pałką i padła twarzą w błoto. *** Obudził ją chłód, smód i głód. Drętwota ciała sprawiła, że przewrócenie się na bok było istną katorgą. Głowa bolała ją niemiłosiernie, a wzrok był mętny, rozmazany. Chwilę tak leżała na kamiennej posadzce wyklinając na czym świat stoi, po czym usiadła i zamrugała parę razy. Była... Była w lochu. I to takim z prawdziwego zdarzenia, nie jakimś tam loszku jak w Damaszku. Jej uszy ukuł wrzask torturowanego jeńca, aż ciarki przebiegły po jej skórze. - No, jak się spało? - zarechotał strażnik siłując się jednocześnie z zamkiem jej celi. Adrenalina sięgnęła niemal zenitu, a Iskra uciekła pod samą ścianę kuląc się ze strachu. - E, no, co się chowasz tam? Mam tylko zobaczyć czy ci czasem łba nie rozłupali, ale skoro tak, to Drazwog z tobą kobieto. - porzucił siłowanie się z zamkiem, a Iskra wytężyła pamięć do granic możliwości. Drazwog? Czy nie był to... Czy to nie był czarny bóg orków? O bogowie, trafiła w łapy orków... Nagle wszystko stało się jasne. Smród jaki wisiał w powietrzu, krzyki jeńców, brud jaki oblepiał każdy centymetr jej celi. Siedziała w najgorszym możliwym więzieniu tego świata, w forcie Sulfur, gdzie urzędowały orki. Najbardziej plugawe istoty jakie tylko stworzyli bogowie. Jęknęła na myśl o czekających ją torturach. Ale po co im była... Zwykła złodziejka? *** - Kto cię szkolił. - Ile... Mam... Jeszcze... - z trudem zmuszała się do kolejnych oddechów, czy nie mogli jej zabić? Tak po prostu zabić? - ... Powtarzać... No ile mam jeszcze powtarzać, że nikt.... Nie jestem.... Nie jestem żadną magiczką, u cholery! - Nar'g, rób swoje. Rozpalone do czerwoności żelazo znów pogłaskało jej skórę, a z ust wydobył się kolejny wrzask. Na czoło wystąpił krawawy pot, a oddech stał się jeszcze bardziej nierówny i płytki niż jeszcze przed parma minutami. - Może teraz masz chęć rozmawiać? Iskra załkała i szarpnęła więzy oplatające jej nadgarstki. To było tak cholernie niesprawiedliwe, przecież nie znała magii. Nie potrafiła się nią posługiwać, a on pytał kto ją szkolił... I za prawdę karał rozpalonym żelazem. Znów dotyk żelaza, przez któy niemal traciła zmysły. Który to był dzień? Ile tu siedziała? Czy świat się skończył? Może to piekło...? Duch uleciał z jej ciała zabrany dokądś, gdzie trafiają tacy męczennicy jak ona. Do czarnej ziemi, gdzie wszystko spowijała czerń. Gdzie błąkały się dusze bez domu, bez rasy i bez państwa. *** Czarne drzewo, na nim czarne liście, a po gałęzi bryka czarna wiewiórka. Drzewo to stoi nad czarnym jeziorem, na czarnym pustkowiu, w czarnej nicości pozbawionej sensu. Nie żyła i była tu sama. Czy każdy ma swoją własną nicość, w któej czeka na koniec, na kres wszystkiego? Wiewiórka zeskoczyła na ziemię i przyjrzała się jej swoimi czarnymi oczkami, jak dwa małe paciorki. Nie Zhaotrise, to nie jest koniec. A ty powrócisz. - odezwał się głos w jej głowie. Gdyby wciąż posiadała ciało, mogłaby powiedzieć, że się wzdrygnęła. Zwierzątko przekrzywiło łebek i ciekło na drzewo. Obraz rozmazywał się, tonął w tak ciemnych odcieniach czerni, że Iskrze po raz kolejny wydało się, że świat się kończy. *** - Budź się! Chłodna woda uderzająca w twarz, czyjeś ramiona potrząsające jej ciałem. - Elfko! Otwórz oczy! Nie pachniał orkiem. - Słyszysz mnie? Powiedz coś! Nie brzmiał orkiem. - Cholera, Enid, ona chyba nie żyje. Enid? Ona też nie pachnie orkiem. - Żyje, czuję ją. Cholera, dwa małe orki, które ją budzą. Ale chwila. Nie, przecież przed chwilą ustaliła, że to nie orki... - Jeśli nas słyszysz, kiwnij głową. Ten głos był opanowany, spokojny i zdecydowanie kobiecy. Iskra zaryzykowała, kiwnęła głową, na co mięśnie odpowiedziały palącym bólem. - Widzisz? Pewnie się bała żeś ork, bo tak się darłeś. - Łżesz jak krasnolud na szczudłach i dobrze o tym wiesz... - burknął ten drugi. - Kimkolwiek jesteś, wiedz, że wywieziono cię razem z martwymi ciałami z Sulfuru. A my zwykle rabujemy trupy. Ale... Ale dla ciebie zrobiliśmy wyjątek, bo widzieliśmy, że żyjesz... Choć nie powinnaś. Nie ma co, piękne pocieszenie. Elfce wydawało się, że coś czuje, że coś gnieździ się na skraju jej świadomości. Coś... Magia. U cholery jasnej, coś obudziło w niej dziedzictwo krwi i teraz zostanie pieprzoną magiczką. W sumie... Będzie łatwiej otwierać zamki. *** Iskra westchnęła. Właśnie mijał okrągły rok od wydarzeń na Sulfurze. Większość śladów po przypalaniu żelazem zdołała zagoić dzięki magii. Ale... Ale zostało parę ran. Między innymi, te na lewym biodrze, które dla niewtajemniczonego mogły się wydawać jakby pozostałością po zadrapaniu wielkiego kota. Trzy, podłużne, o poszarpanych brzegach ciemne blizny. Wieczna pamiątka, dzięki której wiedziała kim jest. Zdołała odzyskać W., klacz o dziwo podążała śladem elfiej pary jaka uratowała ją z trupiarni. Zdołała odnaleźć swój pierścień, a to wszystko dzięki magii. W rok opanowała większość niszczycielskich zaklęć, jakie odnalazła w starej księdze zrabowanej jednemu mędrcowi. Elfka spojrzała przed siebie. Miasto Straceńców. Brud, smród i ubóstwo, jak zwykła mawiać widząc miasto, które nie miało pozłacanych dachów ani murów z białego marmuru. Zatopiła się w lekturze pergaminu licząc na spokój. W końcu, ponoć każdy odmieniec mógł liczyć na takie zjawisko. Dokładnie tutaj, w tym miejscu, w zapadłej dziurze, w samym sercu świata nadnaturalnego, który też nie miał konkretnej nazwy. A może miał, ale ktoś ją ukradł.
INNYMI SŁOWY:
Potomkini Astrid Nocnej Damy • Pełnokrwista elfka • Starsza Krew obciążona klątwą
OGÓŁEM:
złodziejka • magiczka • kwintesencja manipulacji i nieuczciwości
Nie kopiować skórki!
|
Aktualizacja karty:
Aktualizacja podstron: 30/08 - pojawiły się poboczne, trwają prace nad Miejscami
No. To na razie tyle, reszta wyjaśni się... Z czasem~
[ Podoba mi się ta postać :D
OdpowiedzUsuńNad jakimś wątkiem myślę... Hum, masz może pomysł?]
[Ej, bezsensu, że tak wróciła do siebie, liczyłam na spotkanie na pustkowiu no i czemu nie potarła lampy!? :P]
OdpowiedzUsuńNagle Iskrze zdało się, że metaliczna powierzchnia lampy skrywa jakieś starożytne symbole, pradawne pismo, którego już dawno nikt nie potrafił odczytać.
Zainteresowana naciągnęła na dłoń rękaw zniszczonego płaszcza i lekko przetarła zakurzoną powierzchnie, aby znaki stały się wyraźniejsze.
Dokładnie w tym momencie cały pokój zapełnił się fioletowawym dymem tak gęstym, jakby ktoś podłożył szybko rozprzestrzeniający się ogień. O dziwo jednak dym nie dostawał się do nozdrzy i nie drażnił błon ani nie palił gardła.
We mgle pojawiła się niewyraźna sylwetka, niby ciemna plama, która dopiero nabiera kształtów. Dopiero po chwili oczom Iskry ukazał się najprawdopodobniej najdziwniejszy i najbardziej niespodziewany gość w całym życiu - kobieta.
Młoda, wyglądająca na jeszcze nieletnią dziewczyna stała na środku jej pokoju, a z jej ciemnych oczu można było wyczytać, że wcale sobie tej wizyty nie zaplanowała.
Odgarnęła z czoła niesforne kosmyki węglowych włosów i zamrugała kilkakrotnie, zaciskając białe dłonie na połach sukni. Suknia wcale nie była kosztowna, ale nie należała też do brzydkich. Uszyta z ciemnozielonych nici składała się z dwóch cześć: wewnętrznej, którą tworzyła ciężka suknia z grubego materiału opadająca aż do ziemi oraz zewnętrznej, czyli cieniutkiego płaszcza, który był wyjątkowo zdobny i miał kolor rubinowej czerwieni. Sięgał do połowy sukni i miał rozszerzane rękawy.
Ciemne włosy miała częściowo spięte spinką ze smoczej kości, a na wysokie czoło opadało kilka niesfornych loków.
Tak wyglądała owa nieznajoma, która kiedy tylko spojrzała na Iskrę złożyła jej wymuszony ukłon, składając ręce jak do modlitwy i zginając się ceremonialnie w pasie.
- Pani, przybywam rada, że znalazłaś mą lampę - mówiła donośnym głosem, ale w jej oczach czaiło się całkowite zdezorientowanie, jakby słowa nie płynęły z jej duszy a ulatywały jedynie z ust - Jestem gotowa spełnić każde z twych trzech życzeń. Twoje słowa są dla mnie świętym rozkazem.
Zakończywszy powitanie mogła się wyprostować i wciągnąć gwałtownie powietrze do płuc.
[Wybaczam! :P Jest wiele życzeń, ale tego Calsei jeszcze nie wie, to się okaże dopiero potem. Nie serwujmy wszystkiego od razu :D]
OdpowiedzUsuńKiedy tylko Calsei odzyskała rezon, przybrała najbardziej buńczuczną minę na jaką było jej stać i spojrzała wyzywająco w kierunku... łomu? Była gotowa na niespodziewany atak ze strony nowego właściciela. Dopiero teraz to do niej dotarło, a kiedy zobaczyła na stole lampę nie wahała się do niej podbiec i wziąć ją w roztrzęsione dłonie.
- Ejże! Skąd to masz? - zapytała ze złością, jakby Iskra dopuściła się karygodnego morderstwa - Nie wolno było ci tego znaleźć! - krzyknęła tak głośno, że aż bolały uszy, a w jej oczach błysnęła ściana łez.
- Nie mam twoich pieniędzy, nawet cię nie znam! - zawołała z oburzeniem i ujęła się pod boki - Wiele miesięcy szukałam dobrej kryjówki dla mojej lampy, a ty ją znalazłaś! - wściekłym ruchem dłoni zaczęła ścierać łzy z twarzy. Łzy, które nie chciały przestać płynąć, jak na złość - Wszystko mi zrujnowałaś - opadła na drewniany stołeczek i zapatrzyła się bezmyślnie w dal.
OdpowiedzUsuń[ Wiesz, ja głupawki dostawałam pisząc tą KP. Stop... Ja zawsze dostaję głupawki jak piszę cokolwiek o tej postaci :D Wątki, opowiadania... Przy opowiadaniu, które niedawno wstawiłam, było chyba najwięcej śmiechu.
OdpowiedzUsuńMnie tam pasuje. Zaraz zacznę, tylko trochę się ogarnę z wątkami, bo już się gubię co komu miałam... Tak, kupię Frugo, pomyślę trochę i piszę... Chyba, że Ty chcesz.
PS Nasze postacie mają bardzo podobną zasadę działania z tym uciekaniem.]
Było na krótko przed północą, kiedy kroki Wynna skierowały się ku jego ulubionemu miejscu w mieście. Świętej i wspaniałej mekki wszystkich pijaków i nieludzi; Elhyr. Karczma Elhyr słynęła z wspaniałego mięsiwa, najlepszego i niezbyt drogiego wina, dziwnych wydarzeń i jeszcze raz wina. Był to niski, choć duży drewniany budynek w centrum miasteczka, niedaleko Wzgórza.
OdpowiedzUsuńWampir wszedł do środka, popychając ciężkie drzwi i rozejrzał się po wnętrzu, mimowolnie mrużąc trochę oczy. Nie lubił wchodzić do pomieszczeń z ciemności, bo jego oczy, jeśli w ogóle miały taki zamiar, to bardzo powoli przyzwyczajały się do światła. Rozejrzał się po wnętrzu, starannie omijając wzrokiem wszystkie świece. Dużo ludzi. I gwarno jakoś. Ktoś się kłócił? Chyba.
Jakaś dziewczyna darła się na prawie dwa razy większego od siebie osiłka. On na nią. W końcu ona prychnęła z wyższością, a potem wrócili do gry.
Wynn kochał zamieszania. Kochał skupiska ludzi i wszystko gdzie coś się działo. Tłoczne, gwarne karczmy i jarmarki były dla niego rajem, a w graleyńskich karczmach właściwie wszyscy go znali. Dlatego od razu poszedł w stronę ludzi sterczących tej dwójce nad głowami, ignorując nawet swoich znajomków, którzy unieśli ręce by go powitać. Mogło być ciekawie.
[ Tak, Sparrow to jedna z moich ulubionych postaci wszechczasów. Boże, nawet w rl mówią, że czasami go papuguję zachowaniem.]
Wynn zmierzał wolnym, lecz pewnym krokiem w stronę zbiegowiska. Wyczuwał, że wieczór dzisiaj jest wyjątkowo wesoły. Pełne dymu i smrodu fekaliów powietrze dodatkowo ciężkie było od zapachu potu. Dawno nie było tu tak głośno. To dobrze. To wręcz wspaniale.
OdpowiedzUsuńOdpowiadając na czyjeś klepnięcie w ramie szerokim uśmiechem (sztucznym i wymuszonym, bo Wynn w rzeczywistości miał ochotę tego, kto swoją olbrzymią łapą o mało co go nie powalił, rozszarpać na strzępy) wychylił się nad tłumkiem by spojrzeć jak idzie nieznajomej, przyjezdnej niewieście. Górka złota przed nią rosła niebezpiecznie… Wynn podejrzewał, że nie da rady wyjść z tej karczmy z całym zarobkiem. Przyjezdni zawsze mieli pod górkę.
Po wstępnym wybadaniu sytuacji, sprawdzeniu co i jak, kto jest, kogo nie ma odsunął się trochę od zbiorowiska i ruszył w stronę szynkwasu. Karczmarz był pomiędzy kibicującymi, a Wynn najpiewniej nawet po użyciu całych zasobów „łagodnej siły przekonywania”, którą dysponowały wampiry nie dałby rady zmusić go do obsłużenia się, więc przechylił się przez ladę i sam nalał sobie piwa. Może i był abstynentem, ale bez kufla w ręce czuł się jak bez ręki. Całe ludzkie życie w tym zacnym śmierdzącym spirytusem towarzystwie wyrobiło mu pewne, trudne do zatarcia nawyki.
- Między niebem i piekłem pośród słynnych bezdroży, co je lotem starannie omija duch boży. Stoi karczma stara w której widma opojów święcą tryumfy szałów swych pijackich znojów. Sam Mefisto wpada, w karczmie tej zasiada. Zmora z najgorszego snu też na pewno czeka tu. – zanucił po nosem, patrząc na to zbiorowisko z niemałym uśmiechem.
Kiedy rozpętało się piekło jeszcze trzymał w ręce butelkę. To uratowało mu nieżycie. Znaczy się, bez przesady…. Jedynie miał jakąś broń, gdy rzucił się na niego chłop wielkości dębu. Butelka zmieniła się w pięknego tulipana, a chwilowo pozbawiony przytomności olbrzym padł jak kłoda na ziemię. Chłop jak dąb, naprawdę.
Wynn na ogół nie uczestniczył w burdach. To nie w jego stylu. Ale teraz nie miał wyboru, dołączył więc do tego cyrku, łapiąc przy okazji całą garść rozsypanych monet. Zgrabnie wyminął wszystkich napastników, co któremuś przykładając z ramienia czy nadal trzymaną w ręce resztką butelki. No tak, rozbite szkło plus głowa zawsze równa się rozcięcie czerepu. To nawet nie potrafiący liczyć Wynn wiedział. I to go zgubiło. Odwrócił się mimowolnie i całkowicie przypadkowo w stronę miejsca, z którego poczuł krew i został pięknie rzucony o ścianę. Nawet nie wiedział kiedy. W duchu przeklinał własną mierną wagę, kiedy jakiś drab przyparł go do belek i wtedy z ręki zginęły mu dwa pierścienie. To łatwo sprowadziło go na ziemię.
SYGNET Z BAZYLISZKIEM ZNIKNĄŁ! Największa świętość, najwspanialsza fałszywa pamiątka, ulubiona błyskotka… ZNIKNĘŁA!
Odepchnął draba i rozejrzał się za kobietą, która go okradła. Pamięć do twarzy trochę pomogła, ale to nie miało większego znaczenia, kiedy szybko zdał sobie sprawę, że ściga tego, kogo ścigała cała karczma.
Tylko Wynn był od tych chłopów sprytniejszy. I szybszy. I ta baba miała jego sygnet z bazyliszkiem.
A dla Wynna oprócz miecza z bazyliszkiem była to największa świętość. Tak, nie ma to jak wampir ześwirowany na punkcie własnego szlachectwa. Jakież to mało oryginalne.
Wyszedł z karczmy za tłumem, ale wyminął go szybko znanymi tylko sobie zaułkami i wkrótce bez przeszkód śledził złodziejkę.
Głupia kałuża!
- Panienko, masz moją własność,… - powiedział cicho. – I tłum ludzi za plecami.
Uśmiechnął się lekko, patrząc na nią. Na pewno będzie wesoło.
Przyglądał się jej badawczo spod ronda niskiego cylindra, którym umiejętnie przysłaniał lśniące kocim blaskiem oczy. Gdyby go nie miał, a długie włosy akurat nie opadałyby mu na twarz, ktoś mógłby zwrócić uwagę, że mimo całkowitej ciemności jego oczy są jaśniejsze, wyróżniają się od otoczenia. Chociaż to było widać tylko kiedy było naprawdę ciemno… I tylko czasem. Kiedy widział najlepiej.
OdpowiedzUsuń- Wybacz, nie do końca potrafię inaczej, madmoiselle. – Wampir nie potrafiący mówić po francusku, zwrócił się do złodziejki z framugą w ręce. – Najwidoczniej mogę, jeśli to robię, prawda?
Szeroki, łączący wrodzoną złośliwość i rozbawienie uśmiech rozjaśnił jego twarz. Ruszył w jej stronę na kilka kroków. Miała bardzo przyjemny, lekki jak na człowieka zapach. Skąd go znał? Tak dobrze mu się kojarzył, z taką tęsknotą go wspominał… Kim była, spotkał ją wcześniej?
Aileen. Tak pachniała Aileen. - przypomniał sobie.
Elfka.
- Nie chcę Twoich pieniędzy – powiedział wesoło, ciesząc się z tego, że nie była świadoma ile złota udało mu się porwać z ziemi w tym zamieszaniu. Nie był wystarczająco bogaty by je zignorować… Ani wystarczająco biedny, by miało dla niego jakieś większe znaczenie. Zresztą, po co wampirowi złoto? Komuś, kto nie je… ani właściwie nie żyje? Jego wydatki obejmowały co jakiś czas ubranie, gdy wszystko co mógł wciągnąć na grzbiet zaczynało rozpadać się w rękach, poza tym czasami odkupywał od rzeźnika resztki mięsa dla Hrabiego. To znaczy dla szarego wyżła, który od jakiegoś czasu mu towarzyszył.
- Lubię moje błyskotki. Oddaj mi je, a zostawię Cię w spokoju. – powiedział i od razu pożałował swoich słów. Jego groźby zawsze wypadały delikatnie mówiąc fatalnie. Może i miał znośny wzrost, ale natura poskąpiła mu mocnej budowy, a życie w czasach po Czarnej Śmierci, gdy wszyscy (a mieszkańcy slumsów, tacy jak Will szczególnie) głodowali odbiło się nieco na jego wadze. Nie nadawał się do grożenia. No, chyba, że ktoś wiedział czym jest. Wtedy zwykle rozmawiano z nim inaczej… Lecz teraz?
Zbliżył się do niej jeszcze, wyciągając przed siebie rękę.
- Oddaj.
Nasłuchiwał tego co dzieje się w uliczkach wokół. Chłopi pobiegli w całkiem inną stronę
- Hę? - na chwilę Calsei przestała płakać i spojrzała zdziwiona na złodziejkę - Jakie miano, o czym ty mówisz? I nie mam tych twoich cholernych pieniędzy, ale gdybyś była chociaż trochę bystra to byś zażyczyła ich sobie właśnie w tym momencie. Mogę ci je przecież zwrócić, gdziekolwiek teraz są - burknęła, krzyżując ramiona na piersi - Jak to zrobię, masz mi zwrócić lampę.
OdpowiedzUsuńWynn nie był złodziejem! Powtarzał to sobie co nocy, kiedy zabierał sakiewki. Miał prostą zasadę działania wykluczającą kradzież… Jeśli coś mu się spodobało to najpierw mordował właściciela, a potem zabierał to co chciał. Tłumaczył to oczywiście głodem i maskowaniem ataku wampira, który miał udawać napad rabunkowy… Lecz oczywiście wcale nim nie był! Wcale!
OdpowiedzUsuńWynn był po prostu święty. Nie kradł.
Czy Iskra na pewno chciała, żeby zabrał jej pierścienie „po swojemu”?
- Jeśli nie oddasz, panienko to sam sobie zabiorę. Nie tylko pierścienie. – powiedział spokojnie, patrząc spod kapelusza prosto jej w oczy. Teraz miało to wyglądać naprawdę niepokojąco. Miał nadzieję, że mu wyszło. Był może i dobrym aktorem, jednak przyzwyczajenie do błazowania i rozśmieszania ludzi psuło wprawę i powodowało, że czasami przestawienie się bywało kłopotliwe, by nie powiedzieć wprost – cholernie trudne.
Kiedy kobieta rzuciła się do ucieczki, nie zatrzymywał jej. Zniknął właściwie, pozwalając jej zwiewać wolno. Nie chciał, by złapały ją straże… Nie chciał do tego dopuścić.
Ale! Cholera! Czemu zawsze miał takiego pecha? Gdy on stał ukryty w jakimś zaułku dziewczynę złapali strażnicy. Otoczyli ją równym kołem z wyciągniętymi drewnianymi pałkami i obnażonymi mieczami. Właściwie nie miała szans na ucieczkę. Żadnych… A jego pierścienie? Sygnet z bazyliszkiem?! Wynn warknął cicho pod nosem. Jakim prawem miał zawsze takiego pecha?! To wcale mu się nie podobało. Nie miał najmniejszych szans uratować jej nie czyniąc zamieszania. Ludzi było za dużo i byli uzbrojeni. Pokonałby ich, chyba tak, ale musiałby pozabijać. I zdradziłby się. To nie było fajne.
A jego pierścienie zostały chwycone w silne łapy strażników i prowadzone gdzieś w górę uliczki. Wynn ciągle nie pokazywał swojej obecności. Cholera! Gdzie w tym pieprzonym mieście był loszek?
Calsei zrobiła najbardziej nachmurzoną minę na jaka było ją stać, a potem ze złością starła nadgarstkiem łzy z policzków. Już zapomniała jak to jest mieć właściciela i teraz znów miała okazje się przekonać, że nie traktuje się ją lepiej niż śmiecia.
OdpowiedzUsuń- Dobrze - wstała zgodnością, przygładzając poły sukni - Ale to wymaga wielkiej, dżinowej energii i nie myśl sobie, że umiem z gustem projektować budowle - skrzyżowała ręce na piersi i wbiła uważne spojrzenie w Iskrę - A gdzie ma się ten twój zamek znajdować, zanim go zbuduje?
Temu wszystkiemu, z ukrycia przyglądał się wampir. O ile początkowo jeszcze wahał się czy elfce nie pomóc, tak teraz przerażenie nie pozwalało mu się wcale ruszyć. Ikra działała w transie i na szczęście jego osoba nie została wykryta i pogrzebana „żywcem” w ziemi. Zapewne gdyby zaczął uciekać, nie skończyłoby się tak dobrze. Na jego oczach ziemia pochłaniała kolejnych strażników, a on nie umiał i nie mógł nic zrobić. Inna sprawa, że również nie chciał tego robić… Może i było mu żal z ich powodu, ale narażanie się dla kogoś innego było stanowczo nie w jego stylu. A już szczególnie nie narażanie się dla nieznajomego śmiertelnika, który i tak potem wtrąciłby go do lochu, a przy odrobinie pecha sprawił, że rano ludzie mieliby widowisko oglądając jego powolne spalenie się wraz z nastaniem świtu.
OdpowiedzUsuńGdy to cale przedstawienie zakończyło się w tak brutalny sposób, Wynn nadal stał w miejscu. Jeśli chciał uciec, to właśnie teraz była stanowczo najlepsza okazja na zrobienie tego… Lecz coś, najpewniej wrodzona głupota i upór zabroniły mu to zrobić. Przyglądał się długo i z niepokojem leżącej na ziemi elfce, całkiem szczerze spodziewając się, że jeśli podejdzie, umrze. Nie chciał jej zostawić na ulicy. Co prawda była tylko nieznajomą elfią złodziejką z jakimiś chorymi problemotwórczymi mocami, ale…
Poszedł w jej kierunku. Już z daleka słyszał, że jej serce biło, więc była tylko nieprzytomna. Cóż, nie zabiła go kiedy się zbliżył. To już coś, prawda? Badawczym spojrzeniem przesunął po jej sylwetce, nadal niepewny tego, czy nie straci czasem swojego ukochanego (nie)życia. Nadal nic się nie stało. To chyba dobrze. Wziął ją na ręce tak delikatnie jak tylko potrafił i… I w sumie nie wiedział co zrobić. Przez bramy z nieprzytomną dziewczyną w środku nocy nie przejdzie, nie ma szans. Miał może układy ze strażnikami, ale niewystarczające, by ukryć ich ciekawość. Będzie musiał zająć się nimi wampirzym sposobem. Niech i tak będzie. W mieście nie miał żadnego lokum, a zaranie jej do ratuszowej wieży, gdzie czasem przesiadywał, też było bez sensu. Tam nie było nic, prócz schematów działania zegarów i może dwóch książek.
Ruszył więc ku wschodniej bramie. Przekonanie strażników, żeby się nie interesowali nie było aż takie trudne jak myślał. To dobrze. Wkrótce dziewczyna znalazła się na sienniku w małej chatce niedaleko jeziora obwąchiwana przez szarego wyżła, który był głównym mieszkańcem chaty.
… ah… I oczywiście nie miała już przy sobie żadnego z owych kradzionych Wynnowi pierścieni.
[ Czasami mam słowotoki. Musisz wybaczyć.]
- Calsei, córka Bogów - odpowiedziała zniechęconym głosem i wyjrzała za okno, gdzie zbierały się potężne błyskawice - A ty jesteś Zhaotrise. Wiem to ponieważ każdy dżin poznaje imię swojego właściciela tuż po potarciu lampy - oblizała wargi i założyła kosmyki za oba ucha, starając się skupić - Dobrze więc, twój zamek zlokalizuje gdzieś po za miasteczkiem, bo w centralnej części raczej nie znajdę dla ciebie miejsca - to mówiąc pstryknęła palcami i opadła zmęczona ponownie na krzesło - Drugie życzenie?
OdpowiedzUsuńChusteczka do nosa musiała wypaść po drodze, bo Wynn choć może rzeczywiście trochę zboczony, nie miał żadnych fetyszy. A jakby już miał, to byłoby to coś sensowniejszego, nie jakieś chusteczki do nosa.
OdpowiedzUsuń- Hrabia, uspokój się draniu! – ktoś burknął gdzieś poza zasięgiem wzroku elfki. Dopiero, gdy odwróciła głowę musiała dojrzeć wchodzącego akurat do izby mężczyznę niosącego kilka jabłek, ciasteczka owsiane i kubełek wody. Niestety malin nie zorganizował. Kiedy ją tam przyniósł i zostawił pod opieką Hrabiego, sam poszedł zorganizować coś dla niej. W domu nie było żadnego jedzenia, a pojedynczy ceramiczny garnek nigdy nie był przez aktualnego właściciela używany do gotowania, służąc za miskę dla Tego Z Gigantycznym Nosem.
Wampir jak gdyby nic podszedł do stołu i nalał wody do poszczerbionego kubka. Zostawił go na stole, przesuwając go jedynie znacząco w stronę elfki. Dopiero, gdy wysypał z worka również jabłka i wyrzucił do miski twardawe, choć smaczne ciastka przeszedł na drugi koniec pokoju i spojrzał na nią.
- Pozabijałaś strażników i straciłaś przytomność. Raczej nadbiegającym nie dałabyś rady, a włamywanie się do lochów, żeby odzyskać pierścienie, byłoby kłopotliwe, więc uznałem, że mogę Cię stamtąd zabrać. Ah, i wybacz Hrabiemu, rzadko kto nas odwiedza. Był ciekawy. – wytłumaczył wzruszając ramionami.
- Czy tak brzmi twoje drugie życzenie? - zaśmiała się w odpowiedzi Calsei, ale był to śmiech pełen zmęczenia - Posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli mam cię tam teleportować to zmarnujesz swoje życzenie, jeżeli nie, to musisz sie dostać do zamku o własnych siłach, tak? To może zająć sporo czasu, a jest ktoś kto się o mnie martwi. Pozwól mi najpierw wrócić do mojego domu, zabiorę cie ze sobą, jeżeli masz mi nie ufasz. Chcę powiedzieć bliskim co się stało. Zniknęłam nagle i pewnie odchodzą od zmysłów - powiedziała twardo, mierząc Iskrę suchym spojrzeniem.
OdpowiedzUsuń[Czy przypadkiem mam przyjemność z Autorką z Domain of Dreams? Imię znajome...]
OdpowiedzUsuń[ Cieszy mnie wiadomość, że moje mało wysublimowane komentarze jeszcze kogoś bawią. ]
OdpowiedzUsuń- Czasami straż może uratować dupę. – powiedział, wzruszając ramionami i przywołując do siebie psa. Nie był do końca pewny, czy Hrabia nie wpadnie na genialny pomysł ratowania swojego właściciela przed babą, której źle patrzy z oczu. Nie znał jeszcze do końca nowego mieszkańca chałupinki, a wolał mimo wszystko uniknąć sytuacji, w której musiałby owe psisko traktować swoimi urokami. Nie był aż tak okrutny, by mieszać w głowie psu. Ludzie to co innego.
- Żal ich w sumie. Jeszcze nie widziałem elfki o takiej mocy. Przez chwilę myślałem, że i mnie trafisz i będzie trup, nie wybawca uciśnionych. – Zaśmiał się cicho, siadając na koślawym zydlu i spoglądając na Iskrę czujnym spojrzeniem ciemnych oczu. W pewnym momencie przypomniał sobie o świecach i z westchnieniem zapalił kilka z nich. Jak dawno mroku w tych pokoikach nie rozświetliło żadne solidne światło… Wynn na ogół poruszał się w ciemności, albo czasem zapalał jeden kaganek, który ustawiał na stole. Tyle wystarczyło. Światło księżyca to było aż nadto.
- Jak się czujesz? – zapytał jeszcze, dochodząc do wniosku, że o pierścienie przydybie ją potem. Nadal nie wyglądała na tyle silną, by opuścić chałupinkę o własnych siłach. Do świtu też zostało trochę czasu. Nie ma się co śpieszyć, stwierdził poprawiając się na niewygodnym krześle.
[Tinsha Alset-Arrhenius się kłania. Opętana przez pioruny wariatka do usług...]
OdpowiedzUsuń[Cześć, znajdziesz chwilę na rozmowę? Najlepiej przez GG, jeśli masz.]
OdpowiedzUsuń[A dlaczego nie mnie? W czym jestem gorsza od innych, prócz tego żem obłąkana? Jasne, że można coś wymyślić, póki ten blog jeszcze istnieje, to nawet wskazane. A gdzie i w jakich okolicznościach da się Iskrę znaleźć?]
OdpowiedzUsuńTo ja, tylko przez przypadek z konta poszło.
Usuń- Ciasteczkami się częstuj. Ja ich nie lubię. – wzruszył ramionami. – Cóż, jeśli chodzi o spanie, to i o tym możemy podyskutować. Lecz, wybacz, ale nie ufam Ci tak całkiem, madmoiselle. Zostawię Cię tu, a moje rzeczy wyparują. A mnie się Cię ścigać nie chce. Jestem leniwym, spokojnym człowiekiem, który lubi swoje rzeczy. Właśnie. Ekhm, pierścienie. Nie wypuszczę Cię stąd, jeśli mi go nie oddasz. A wątpię, byś teraz dała radę obronić się tymi swoimi magicznymi sztuczkami… Więc oddaj, panienko.
OdpowiedzUsuńPokręcił gwałtownie głową. Był naprawdę przywiązany do tego jednego, pieprzonego sygnetu! Nawet jeśli nie był oryginalnym sygnetem szlacheckim.
- Wynn. William Hyantell. A to? Chatka w lesie. Nie zauważyłaś? Ten włochaty to Hrabia. A Ty?
~Wynn
[Hej. Co byś powiedziała na wątek? Przeczytałam kartę, generalnie sama jej graficzna strona mnie urzekła...Więc może się skusisz?:)]
OdpowiedzUsuńZachichotał, widząc jej minę. Pokręcił głową z rozbawieniem, a ciemne włosy częściowo zasłoniły mu twarz. Zerknął na poskręcane kosmyki z mordem w oczach, robiąc przy tym lekkiego zeza. Potem wrócił wzrokiem na nią. Nie pamiętał smaku ciasteczek. Bez jakiegoś większego żalu o nim zapomniał. Jak i o wielu innych rzeczach. Niezależnie jak dobre były ciasteczka, to za nimi nie tęsknił.
OdpowiedzUsuń- Iskra – rzucił krótko, następnych mion nie starając się nawet spamiętać. Pewnie i tak większość była fałszywa. Ludzie kochali wymyślać takie pierdoły. Wynn miał kompletnie gdzieś to jak się przedstawia, nie licząc jednego, krótkiego miana, więc połamanie szczęki mu na szczęście nie groziło.
Patrzył na nią w milczeniu. Śledził wzrokiem naddto teatralne ruchy i te wszystkie wyrazy przejęcia. Już właściwie zaczęło go to nudzić i prychnął cicho, mrużąc oczy w irytacji.
- Nie obchodzi mnie to jak to zrobisz. Ale do diabła, oddaj mi moją własność – powiedział spokojnie, patrząc jej w oczy. Głosu nie podnosił, nadając mu właściwie nawet dość miękką, przyjemną barwę, w której, przynajmniej na pierwszy rzut oka wcale nie czaiły się zapowiedzi tortur. Na drugi i trzeci może już tak, ale trzeba było być spostrzegawczym. Jednak delikwent, który zauważyłby już ukrytą groźbę, nie powinien wierzyć, że jest pusta, służąca jedynie zastraszeniu. Zresztą, Wynn, mimo, że wyglądał bardzo niegroźnie, potrafił być przekonujący. Zresztą, w każdej chwili mógł zachować się znacznie mniej subtelnie. I wtedy nawet elfia magiczka powinna być zainteresowana współpracą.
Zerknął na szopa. Niech będzie i szop. Trudno. Najwyżej odbije sobie utratę pierścieni wypychając szopa i stawiając go na szafce. O ile uda mu się go złapać. Zwierzęta takie jak szopy powinny się go piekielnie bać.