Akurat czerwono włosa kobieta przyszła do pomieszczenia. Odpaliła od starej świecy nową i wstawiła do świecznika rozjaśniając tym samym pomieszczenie. Odpaliła kolejne trzy świece i postawiła w kilku miejscach w pomieszczeniu by było na prawdę jasno. Usiadła przy toaletce. Chuchnęła na szkło i narysowała palcem jakiś znak. Odsunęła się, a na tafli lustra pojawił się obraz. Z początku był rozmazany ale po chwili się wyostrzył i pokazał kilka kobiet rozmawiających ze sobą. Wyglądało to jakby Call widziała je od dołu. Do spoglądania wykorzystała dużą kałużę , która była dość blisko kobiet. Rozmowę słyszała doskonale. Chodziło o zbliżający się sabat czarownic. Przed sabatem chciały odzyskać jedną z zakazanych ksiąg, które posiadał jeden z wampirów. Uśmiechnęła się do siebie. Spojrzała na księgi znajdujące się poniżej czaszki kozy. Miała ich kilkanaście. Zakazane księgi magiczne, które były wielokrotnie splamione krwią. Ona również je splamiła. Pragnęła je zebrać. A teraz oto dowiedziała się, gdzie jest następna. Machnęła dłonią przed lustrem a obraz zniknął.
Gdyby czarownice miały serca, niebo poczęłoby płakać.
Nie. Ona nigdy nie miała serca. Ona posiada jedynie spaczony umysł. Jej serce dawno zostało wypalone. Spopielone niczym kawałek kartki w ognisku. Żywy ogień szaleństwa, złości i rozpaczy pali się w jej wnętrzu. Nikomu nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego jest właśnie taka. Dla niej to proste. Byłą taka od zawsze. Miała zadanie, którego nie wykonała. Została sprzedana, oddana dla najgorszego zła. Została właśnie po to poczęta. By wszystko niszczyć. Przynajmniej taki plan miała jej rodzina. W sumie pomimo upływu lat, ucieczki od tamtego zła i zmiany celu życia dalej niszczy. I robi to niezwykle chętnie. No ale czego spodziewać się po wariatce. Czarownicy poczętej podczas sabatu czarownic. Kobiety, która chciała stać się wampirzycą, i którą bawi zadawanie śmierci. Ów kobieta właśnie stała przed palącą się wielka rezydencją. Pomimo, iż padał deszcz płomienie wyglądały, jakby były co raz silniejsze. Przemoczone włosy Callisty przyklejały się do jej twarzy. Dłonie miała wyciągnięte na boki niczym na znak krzyża. Rozcapierzyła palce śmiejąc się wniebogłosy zadowolona z tego co robiła. Rezydencja płonęła w mgnieniu oka. Ogień trawił konstrukcję w oszałamiającym tempie. Blask płomieni powodował, że czarownica wyglądała jakby sama świeciła czerwoną łuną. Wyglądała zadziwiająco w przemokniętej, czerwonej sukni z gorsetem, rudymi włosami, czarną peleryną przerzucona przez ramiona oraz otoczona przez czerwoną łunę. W końcu opuściła ręce oddychając ciężko i uśmiechając się szaleńczo. Podeszła do swojego konia, który stał nieopodal. Poklepała go i sprawdziła czy księga na pewno znajduje się w jukach. Gdy uznała, że wszystko jest w porządku ruszyła spowrotem do Graleyn.
W tym szaleństwie jest metoda ,ale w tej metodzie jest wciąż cholernie dużo szaleństwa.
Pozostał jej tylko jeden dzień do Graleyn. Nie śpieszyła się. I tak wiedziała, że mało kto zainteresuje się jej zniknięciem na kilka dni. Zatrzymała się nad brzegiem rzeki aby napoić konia. Usiadła na kamieniu patrząc w ciemność nocy. Uśmiechnęła się delikatnie. Ktoś położył dłoń na jej ramieniu. przymknęła oczy.
- Dlaczego ciągle to robisz. - wyszeptał wysoki mężczyzna stojący zaraz za nią. Długie czarne włosy miał związane w niesforny kucyk. Kilka kosmyków opadało na jego twarz. Był jakby zasmucony.
- Przecież mogłaś tutaj zacząć nowe życie. Mogłaś stać się kimś innym. Kimś lepszym- Ze śmiechem pokręciła głową. Otworzyła oczy.
- Nie mogę się zmienić. Dobrze to wiesz. - powiedziała spokojnie.
- Chcesz zranić ludzi, którzy ci tutaj zdążyli zaufać. - zaśmiała się głośno.
- Jeśli ktokolwiek mi zaufał to zrobił błąd. - odwróciła się patrząc mu w oczy. Wyglądała na rozbawioną.
- Twoja metoda by dojść do celu to szaleństwo. - mruknął cicho jakby jeszcze bardziej zasmucony.
- Wiem. - uśmiechnęła się. Postać zaczęła się rozpływać, aż w końcu zniknęła. - I wiem, że w końcu zginę. - spojrzała w niebo. - Ale czy nie jest śmieszne to, że żyję w mieście wraz z wieloma pogromcami potworów i wampirów, którzy nawet nie wiedzą jak niebezpieczne jest moje szaleństwo i mój pobyt między nimi? Pomimo, iż są dobrymi łowcami to nie wiedzą ilu niewinnych zabiłam ja sama i to dla przyjemności. - pokręciła głową. - Czysta komedia. - powiedziała rozbawiona wstając. Otrzepała suknię i wstała. Poklepała konia po szyi i wsiadła na niego. Założyła kaptur na głowę.
- A najzabawniejsze jest to. - szepnęła. - Że sami tworzą moja tarczę. - Powiedziała sama do siebie i ruszyła do miasta.
Po drodze zatrzymała się w opuszczonym, sporym domu. Tam postanowiła odpocząć i się zdrzemnąć. Po kilku godzinach usłyszała rżenie konia. Podniosła się cicho. Naszykowała swoje sztylety i przyczaiła się. Słyszała dwa męskie głosy, lecz czuła, że jest ich czwórka. Dwóch na dworze i dwóch w budynku. Ona była w piwnicy. Uśmiechnęła się do siebie. Stanęła zaraz za drewnianymi schodami. Ktoś otworzył drzwi do piwnicy. Zaczął schodzić po schodach. Płomienie pochodni powolnie rozświetlały kawałek po kawałku pomieszczenie.
- Gdzieś tutaj musi być. - wychrypiał jeden z mężczyzna. Akurat ten, który schodził jako pierwszy.
- Zamknij się. - syknął drugi. - Mamy tylko znaleźć księgę i przekazać kto ja ma. - szepnął. Kobieta usmiechnęła się do siebie. gdy już byli na odpowiedniej wysokości schodów uniosła delikatnie swoje sztylety. Przez szpary miedzy stopniami podcięła jednemu mięśnie pod kolanami a drugiemu ścięgna Achillesa. Runeli na ziemię niczym kłody. Pochodnia upadła obok nich. Dziewczyna pojawiła się obok. kucnęła przy nich uśmiechając się.
- Niestety nic nikomu nie przekażecie. - powiedziała z uśmiechem. Wbiła w ich serca sztylety i przekręciła. jej oczy błyszczały szaleństwem. Wstała i kilkoma krokami przebyła schody by po chwili obronić się przed mieczem. Jeden z dwóch pozostałych mężczyzn chciał ją zaskoczyć przy wyjściu z piwnicy. odepchnęła z łatwością miecz. Z łokcia uderzyła go w szczękę łamiąc ją. Zanim upadł poderżnęła mu gardło. Przykucnęła zaraz po tym a miecz ostatniego mężczyzny utkwił we framudze drzwi. Spojrzał na nią przerażony. Uśmiechnęła się ukazując kły. Skrzyżowała przed sobą ręce i szybkim ruchem rozcięła mu sztyletami brzuch. Biedak złapał się za ranę próbując powstrzymać uciekanie własnych jelit. Po chwili padł martwy na podłodze. Callista wstała i wyprostowała się zadowolona. Zeszła na dół do swoich rzeczy. Poczekała do zmroku zastanawiając się nad czymś. Gdy słońce zaszło wróciła do Graleyn. Płaszcz ukrywał splamioną krwią suknię.
Zastanawia Cię sposób, w jaki ten kamień pompuje moją krew...?
(Powtórzeń się tu znalazło... Rany O.O Chyba zacznę się bać Call...)
OdpowiedzUsuń[ Callista jest jedną z ciekawszych postaci na Mieście Straceńców, to pewne. Choć trochę mi nie odpowiada, że jest i czarownicą i wampirem, to strasznie ją lubię. Nareszcie jakiś porządny czarny charakter.]
OdpowiedzUsuń[ A jeśli idzie o samo opowiadanie to było całkiem niezłe. Ot' nie chodziło o fabułę tylko o postać. Mnie się podobało.
OdpowiedzUsuńAż mi się moje wariaty przypomniały.]
[Dziękować, dziękować za wszelkie miłe słowa. Mojej postaci bac sie trzeba zawsze :D A co do powtórzeń to zawsze miałam z nimi problem choc i tak sie staram ich unikać to jednak zawsze gdzieś mi cos umknie ;) ]
OdpowiedzUsuń