Nazywają je Miastem Straceńców.

Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...

No cóż, zdarza się.


niedziela, 26 sierpnia 2012

"Niespodziewana misja samobójcza"


Był jeden z tych ciepłych i słonecznych dni. Dzieciaki biegały radośnie po ulicach miasta, ptaki świergotały wesoło te ich ptasie piosenki, ludzie spokojnie rozmawiali, plotkowali, śmiali się…
Tym razem nawet cmentarz nie  odstawał od normy. Dlaczego? Bo urzędował na nim Necro Green, powszechnie znany jako Szalony Grabarz, który od kilku dni chodził jeszcze bardziej radosny i optymistycznie nastawiony do życia niż zwykle… Skąd miał wiedzieć jakiego to psikusa właśnie płatał mu los.
Owy psikus szedł wolnym krokiem w stronę cmentarza, a za nim dreptał młody chłopczyna.
Owy psikus miał długie do ramion czarne włosy, zielone oczy...
- Green!- zawołał niemal od bram cmentarza czarnowłosy psikus który zwał się…
- Knox…- powiedział grabarz wyraźnie krzywiąc się na jego widok.- Czego tu chcesz?
- Przysługi…- oznajmił Gabriel z lekkim, ale zabójczym uśmiechem, na który Necro tylko wywrócił oczami.
- Tyle to ja się domyślić zdążyłem. Jaka to ma być przysługa?- nekromanta wbił łopatę w ziemię i oparł się o nią.
- Widzisz… Mam tu pewną osobę, którą powinieneś poznać…- oznajmił mag lekko odsuwając się. – To jest Sandro Bached, mój siostrzeniec…
- Knox, ja nadal Cię nie rozumiem. Po co mi go przedstawiłeś?
- Będziesz go uczył? Też jest Nekromantą…- Gabriel patrzył na niego błagalnie.
- CHYBA ŚNISZ KNOX!- krzyknął Necro, co sprawiło iż ptaki z pobliskiego drzewa zwiały.
- Błagam Cię, Necro! On potrzebuje stałego miejsca zamieszkania… Nie może się włóczyć po całym kraju ze mną…
- Wuju, weź skończ, ten błazen i tak niczego by mnie nie nauczył.- przerwał mu Sandro, stojąc w najbardziej bezczelnej pozie jaką mógł przyjąć.
- Myślisz, że mnie tak sprowokujesz dzieciaku? Mylisz się,.- oznajmił Szalony Grabarz ze spokojem i wrócił do kopania dołu.
- Necro, proszę… Zgódź się…- poprosił czarnowłosy mag.
- Już powiedziałem! Nie i koniec. Mam już zbyt dużo na głowie.- zauważył białowłosy, dalej kopiąc grób.
- Widzisz wuju! Mówiłem, że na tym obrzydliwym cmentarzu nie ma co szukać…
- Co żeś szczeniaku powiedział o moim cmentarzu? ŻE JEST OBRZYDLIWY?- odwrócił się w stronę młodego Bacheda i lekko pochylił by patrzeć mu wprost w oczy.- Ciekawe czy ty zrobiłbyś lepszy?!- spojrzał na niego groźnym spojrzeniem typu Opętany Cmentarny Skurwysyn numer trzy, co wyraźnie zbiło chłopaka z tropu.
- Necro, wybacz za niego…-westchnął cicho Knox.
- Pozwolę wam zatrzymać się tutaj na kilka dni, ale nauczycielem tego szczeniaka nie zostanę. Znajdź mu tutaj jakiegoś innego. Z całą pewnością znajdziesz tutaj zastępy chętnych.- stwierdził i już po chwili ponownie kopać dół z niezadowoleniem na twarzy.- Idźcie do mojego domu poczekać na mnie.
Gabriel i Sandro powoli szli w stronę budynku. Knox obiecywał sobie w myślach, że uda mu się jakoś przekonać upartego grabarza.


~~*~~

Zagrzmiało…
Necro niemal z przerażeniem zapalił świecę… Nienawidził burzy, na sam błysk ciarki przechodziły go po plecach, a na grzmot strach zakradał do jego serca…
Bał się burzy odkąd zaczęły śnić mu się te okropne koszmary… Okropieństwo…
Powoli zwlekł się z łóżka i rozejrzał po pomieszczeniu, w którym aktualnie panował przyjemny półmrok .
Grabarz ze zbolałą miną i świadomością, że znowu się nie wyśpi szybko chwycił swoje ubrania i począł się ubierać. Zaoszczędzi czasu mu to o świcie… I właśnie kiedy, zakładał swój wyjątkowy, kościany naszyjnik w kształcie szkieletu do jego pokoju wpadł Knox
-Necro! Sandro zniknął! Są tylko jakieś ślady dziwne, jakby jakiegoś stwora i okropny smród…- Gabriel ledwo mówił. Był zdenerwowany… Necro jakimś cudem zachował zimną krew.
- Idziemy…- powiedział i wyminął go… Nie miał teraz ochoty na żarty...
Szybkim krokiem ruszył do pokoju, który niegdyś należał do Niego. On sam zajmował pokój Cerona… Czuł się w nim lepiej i bezpieczniej…
Przy samym wejściu uderzył go okropny odór… Jakby potu, zmieszanego z dymem z ogniska… Okropność.
Rozejrzał się. Pokój wyglądał jakby przeszedł przez niego huragan. Pościel była cała poszarpana, widoczne były ślady po słabej kuli energii, którą najwyraźniej puścił sam Sandro, oraz ślady z popiołu, jakby coś weszło w niego.
- Coś go porwało.- stwierdził Necro i spojrzał na Knoxa. Chwycił go za rękę i zaczął ciągnąć go, sam idąc po śladach… Których było coraz więcej…
-Knox, masz konia? Szybciej będziemy się przemieszczać…-
- T…tak, mam…- wyszeptał i poprowadził w odpowiednią stronę.  Gdy tylko znaleźli się przy nim, dosiadł go i pomógł mu wsiąść. W tym czasie zabłysło, a po chwili zagrzmiało… Szalony Grabarz kurczowo złapał się płaszcza Gabriela.
-Boisz się burzy?- zapytał rozbawiony.
- Tak boję się burzy i nic Ci do tego…- prychnął białowłosy.- Możesz jechać?
Czarnowłosy tylko zaśmiał się i popędził konia wzdłuż ledwie widocznych czarnych śladów, połamanych na drzewach gałęzi oraz zadrapanych, jakby długimi szponami drzew.
Po dłuższej chwili dotarli do ruin jakiegoś zamczyska.
- Mogłem się tego spodziewać. W każdej bajce jest tak samo.- stwierdził Green ostrożnie schodząc z konia.
- Tia. Z ust mi to wyjąłeś.- stwierdził Gabriel krzywiąc się mocno.
Ostrożnie weszli do środka.




~~*~~


-Kurwa, jak wielki jest te zamczysko!- powiedział Knox przedostając się przez jakieś gruzy.
- Nie mam pojęcia. I mów ciszej, to coś tu na pewno jest i nie zawaha się zaatakować, jeśli tylko nas usłyszy, poczuje i zobaczy…- stwierdził szeptem Necro, nie bardzo zadowolony z tej sytuacji.
Gabriel pokiwał głową i już po chwili stał obok grabarza.
- Patrz… tamte drzwi za tobą są całe…- zauważył nagle zielonooki, na co sam Green obrócił się.
Podszedł do nich.
- Nie czuć magii. Nie ma tu żadnej pułapki bazującej na niej.- stwierdził nekromanta.- Ale to i tak pewnie jakaś pułapka.
Uzdrowiciel podszedł do niego z szerokim uśmiechem.
- Otwieramy na trzy…- szepnął.- Raz… Dwa… Trzy!- pchnęli ciężkie, drewniane drzwi i im oczom ukazała się… sala tronowa? Coś w tym stylu.
A na środku ogromnego pomieszczenia był…
- Sandro!- Knox od razu podszedł do niego i zaczął go rozwiązywać. Gdy tylko wyjął jakąś szmatę z jego ust.
- Na Boga, jacy wy jesteście głupi! Przecież to pułapka błazny!- ryknął młody mag i spiorunował ich wzrokiem.
- Mówiłem.- rzekł sam Green i wzruszył ramionami.
Zostali otoczeni przez dziwne, czarne stwory, podobne do skrzyżowania człowieka i smoka. Miały postawę ludzką, przygarbioną… Ich stopy miały zaledwie trzy palce z krótkimi pazurami, dłonie, o pięciu palcach były natomiast i już one miały długie, ostrze szpony, gotowe rozszarpać wszystko co na ich drodze… Ich oczy błyszczały czerwonym, niebezpiecznym blaskiem… Z ich pleców wystawały dwa skrzydła, jednak bez odpowiedniej błony, by mogły latać.
- Witajcie W Piekle!- usłyszeli nagle czyjś głos. Necro szybko przeczesał wzrokiem salę.
- TY!- niemal krzyknął widząc twarz… Maga w Czerwonej Szacie siedzącego na kamiennym tronie… Którego miał okazję spotkać przy ostatniej misji z Knoxem.
- Zapomniałem się ostatnim razem przedstawić. Zwą mnie Voltor, władca Czartów… A to moi słudzy...- zaśmiał się i podniósł rękę, która zabłysła identycznie jak oczy owych Czartów.- Zabić ich.
Stwory rzuciły się na nich…
Cudem, naprawdę cudem Knox stworzył odpowiednio silną tarczę ochronną.
- Uciekamy na trzy.- powiedział Necro i zaczął w dłoniach zbierać energię magiczną.-…TRZY!- ryknął i Gabriel przerwał tarczę, chwytając Sandro. Green rzucił kulą energii przed siebie torując sobie drogę…
Ich bieg był niesamowicie jak na ich standardy szybki… A stwory mające kończyny dolne nieco niewygodne do biegania… miały problemy z ich dogonieniem.
Cała trójka biegła ile w nogach sił, byli już blisko wyjścia!
Ale jak to bywa w takich historiach, Sandro upadł. Necro przeklął szpetnie, widząc jak jeden z potworów dopada go, robi zamach i… Już po chwili było słychać krzyk Necro… A po chwili jego szaleńczy śmiech…
Zdążył dobiec… Zasłonić Sandro… I Czart wbił szpony w jego bok… Jednak nie głęboko… Zaledwie końcówka tej straszliwej naturalnej dla tych stworów broni…
- Wiej!- powiedział do Sandro, który niemal momentalnie wydostał się spod Grabarza…- Knox zabierz go… Skończę z tym świrem raz na zawsze.- wysapał…
Gabriel posłuchał go. Chwycił Sandro i zabrał go z budynku, w którym po chwili rozległ się huk, wokół niego wzniosły się tumany kurzu i dymu, z których wytoczył się osłabiony, ranny Necro.
- Nigdy… Więcej…- powiedział padając na kolana… Ciemność przed oczami Necro zawładnęła jego umysłem.


~~*~~

Necro otworzył oczy…
Obudził go okropny ból w boku… Który był nawet dla niego przyjemny…
Usiadł i lekko zachichotał, czując że ból wzmacnia się.
Spojrzał w dół, i dostrzegł że na sobie ma tylko spodnie. Koszuli brak, a wokół jego talii był obwiązany bandaż, zakrwawiony z prawej strony… Jak to możliwe że nie wykrwawił się w trakcie podróży? Chyba nie chciał tego wiedzieć.
- N…Necro?- nekromanta spojrzał w bok, na drzwi. Stał w nich Sandro…- Dziękuję za ratunek… Bez Ciebie zginąłbym…- wyznał cicho, pierwszy raz normalnym, grzecznym tonem.
- Nie ma za co. Nie pozwolę, żeby jakiś baran zabił Nekromantę,.- powiedział z uśmiechem i przywołał go ręką do siebie, robiąc mu miejsce na łóżku, by mógł usiąść.
- Coś ty zrobił? Tam, że ten zamek tak eksplodował, a ty zdążyłeś się wydostać?- zapytał Bached, siadając obok Necro.
-Och… Miałem taki kościany naszyjnik… Zraniłem się w dłoń, przeprowadziłem sporą część energii w tę figurkę w kształcie szkieletu i ożywiłem. Kazałem mu iść w tłum tych bestii, wytworzyłem słabą tarczę, układając ją w kształt ściany, by nie mogli mnie gonić… Wyszedłem i kazałem trupkowi zrobić bum z tej energii… Dlatego taki słaby byłem…- wyznał z uśmiechem.
Sandro spojrzał na niego.
- Niesamowite…- wyszeptał czując wręcz podziw dla tego mężczyzny.- Necro…? Czy mógłbym zostać twoim uczniem?- zapytał na co Green spojrzał na niego zdziwiony. Uśmiechnął się jednak.
- Och, no dobrze. Należy Ci się za to, że przeżyłeś tam, w tym zamczysku…- powiedział ze śmiechem i zmierzwił jego włosy…
Do pokoju wszedł Knox.
- Ha! Udało się!- powiedział zadowolony Gabriel.
- Dobra, fajnie. A teraz zjeżdżaj stąd Knox zanim znowu nas coś zaatakuje. Przynosisz pecha.- powiedział ze śmiechem.- Żartowałem.
- Och, spokojnie już wyjeżdżam. Mam obowiązki.- oznajmił.
Necro powoli wstał z łóżka i chwycił jedną z koszul. Ubrał ją spokojnie i chwycił swój czarny płaszcz.
- A ty gdzie idziesz?- zielonooki patrzył na niego zdezorientowany.
- Do karczmy mam ochotę spotkać się ze znajomymi.- oznajmił zapinając płaszcz z uśmiechem.- Żegnaj Gabrielu, do następnej niespodziewanej misji samobójczej… A ty Sandro nie roznieś mi domu i cmentarza pod moją nieobecność.- zaśmiał się po czym wolnym krokiem opuścił dom, zostawiając tamtą dwójkę samych.
Zupełnie nie przejmował się tym, że teraz będąc rannym, powinien odpoczywać. W ogóle…

wtorek, 21 sierpnia 2012

illusion & dream.. ?

"Cokolwiek sprawia, że widzisz...sprawia, że wierzysz"
 

Imię: Shoku.

Nazwisko: Akari - Jej nazwisko przy krzywym tłumaczeniu znaczy "Ciemność" ,aczkolwiek różnie je 'ludzie' tłumaczą.

Wiek: Urodzona 8 września. 19 lat.

Rasa: Nefilim.

Profesje: Artystka, Złodziejka

Charakter: Shoku jest osobą zmienną. Nie raz jest naprawdę denerwująca i irytująca. Innym razem potrafi być urocza' i opanowana. W większości jest jednak trochę wredną dziewczyną. Zazwyczaj jest wygadana, ale ma też takie dni, że usiądzie w kącie i się w ogóle nie odzywa. Shoku jest bardzo uparta. Ceni osoby,który mają własne zdanie, a nie powtarzają wszystko co mówią inni. Umie oszukiwać. Jest tolerancyjna. Przyjmuje krytykę o swojej osobie,ale do pewnego stopnia, łatwo ją zdenerwować.

Wygląd: Szczupła dziewczyna. Ma 175 cm wzrostu . Oczy koloru niebieskiego. Długie czarne włosy i blada skóra. 

 Historia:
Życie- Uważa je za skarb.Jednak nigdy nie wierzyła , że uda jej się prowadzić normalne życie..
   ~  ~
Gdy miałam 5 lat umarła mi matka- najprawdopodobniej z wycieńczenia. Musiałam zostać z ojcem, który kazał mi żebrać i kraść.
Moja rodzina nie była biedna, kazał mi to robić bym miała zajęcie.. Gdy miałam 12 lat Kradzież miałam we krwi-Wtedy też nauczyłam się akrobatyki.
który przydawał się do ucieczek z miejsc zbrodni. Po pewnym czasie gdy miałam wystarczającą bandę pozbyłam się ojca, od tamtej pory żyłam sobie spokojnie bez obaw, że czegoś mi zabraknie. Gdy miałam 16 lat ruszyłam przed siebie szukając stałego domu -nie udało się . Wszędzie gdzie się zatrzymałam bywałam tydzień-dwa i wyrzucano mnie. Tak było przez kolejne 3 lata, az trafiła tu. Co dalej? To się okaże..

I saw an angel...






 Amitiel. 
Anielica. 
Przedstawia się jako Amelia de Louis. 
Wiek? Kto by pamiętał...



Anielica, o której mało kto słyszał, a która słyszała o prawie wszystkich. Posiada pewną moc, z której niezbyt chętnie korzysta. Kapłanka z Kaplicy Serca znajdującej się w Siódmym Niebie, na krańcu Edenu. Nie została strącona, ani zesłana. Uciekła. Zrobiła to a namową Razjela i Rafała i przyzwoleniem Gabriela. Dlaczego to zrobiła? Kapłance nie wolno było wiązać się z kimkolwiek, kochać, budzić pożądania. Tymczasem wbrew wszystkiemu zakochał się w niej jeden z opiekunów Edenu, kiedy przez przypadek zobaczył ją poza Kaplicą.
Żyje w zgodzie ze wszystkimi archaniołami, jednak z Michałem nie pałają do siebie wielką sympatią. Jedyną osobą, którą nazywała przyjacielem był Razjel, który nauczył ją wykorzystywać magiczne zdolności. Rafał wprowadził ją w tajniki medycyny, jednak nigdy nie wytworzyła się między nimi tak silna nić sympatii.

Wygląd: Ciemne włosy, mleczna cera, jasne pełne wargi, szczupła sylwetka sprawiają, że anielice można nazwać zjawiskową.  Pełna nieokreślonego wdzięku jak każda anielica, choć jest w niej coś, co odróżnia ją od reszty. Może jest to pewność siebie, a może spokój bijący z każdego ruchu i całej jej sylwetki? Razjel określił ją kiedyś jako najbardziej eteryczną istotę, którą miał zaszczyt poznać, natomiast Gabriel patrząc na nią miał skojarzenia z gwiazdą. Sama Amitiel, choć świadoma swojego wyglądu, nie ma tendencji do popadania w zachwyt czy też samouwielbienie. Zachowała śnieżnobiałe skrzydła. Właścicielka oczu o kolorze Nieba.


Charakter: Zmienny. Zależny od dnia, osoby, pogody. Skomplikowana i złożona istota, która sama siebie do końca nie zna. Wierna zasadom i Tradycji. Nawet na Ziemi przestrzega reguł, które wpoili jej niebiańscy opiekunowie.

Informacje dodatkowe: Pomaga jako uzdrowicielka.  Do tej pory zachowała kryształ w kształcie serca, który świadczył o jej zadaniu w Królestwie. Nie ma w zwyczaju, jak niektóre anioły, cytować Pisma Świętego- uważa to za bark szacunku. Dlatego też wiele razy była potępiana przez tych, którzy poznali ją za czasów pobytu w Królestwie. 





[Karta będzie poprawiana. Witam serdecznie:)]

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

[LISTA OBECNOŚCI]


1. Lista trwa do 1 września, do godziny 23.59.

2. Niepodpisani zostaną usunięci z zakładek. Z okazji wakacji nie zostaną jednak usunięci z bloga, co uczynię dopiero po 14-stym września.

3. Notki można wstawiać normalnie, lista zostanie „podrzucona do góry” za tydzień.

sobota, 18 sierpnia 2012

' I słońce wzeszło na wschodzie... '


Noc była spokojna. Ulice Graleyn opustoszałe, karczma wypełniona gośćmi chętnymi upicia się oraz zabawienia z młodymi, ślicznymi pannami. Na jakimś dachu skrzypek wygrywał melodię a w zaułku dwie ulice dalej jakaś wampirzyca osuszała z krwi głupiego człowieka.  W domu po drugiej stronie ulicy pewna zielarka właśnie wytwarzała napary lecznicze, a jej sąsiadka malowała obraz na zamówienie.  Na cmentarzu młody grabarz rzeźbił nowy nagrobek jakby wyczuwał, że tej nocy do jego małego królestwa przybędzie nowe ciało.
Jednak w jej domu panowała względna cisza,  którą nagle przerwał donośny, przeraźliwy krzyk, który rozniósł się po Graleyn niczym po amfiteatrze a następnie zamarł jakby krzyczącemu zabrakło tchu. Tak też było.
Dziewczyna rozejrzała się dookoła nagle nie wiedząc gdzie się znajduje. Jej rubinowe oczy z żywej, krwistej czerwieni przeszły w wyblakłą, nijaką…  Z twarzy nagle odeszły wszelkie kolory z oddech zamarł w płucach jakby te przestały mieć powód do oddychania.
Bo w sumie, to przestały…
Oczy wypełniły się łzami, które nagle po prostu opuściły powieki. Serce zabiło mocniej po czym zwolniło, niemal wcale nie bijąc. Ale jednak wciąż pompowało krew.
Wzięła kilka głębszych wdechów próbując się uspokoić jednak po prostu nie mogła. Nie umiała zachować spokoju. Mimo, iż to był zwykły sen wiedziała, że to prawda. Czuła to, jakby odebrano jej kawałek duszy. Jakby nagle ciemność zasnuła jej życie. Cała radość z życia i szczęście opuściło ją z jednym wydechem.  Straciła chęć do życia, wolę istnienia…
- Dante… - wyszeptała beznamiętnie, niemal obojętnym głosem choć można było usłyszeć w nim ból. Ból tak silny, tak niezmiernie przerażający, że dziewczyna prawie sobie z nim nie poradziła. A jednak. Jednak udało jej się przeżyć zerwanie powiązania. 
Ale skoro powiązanie się zerwało…
- To nie może być prawda – powiedziała rzucając się w pościeli. – Nie! Nie mogłeś zginąć, Dante! Obiecałeś! – krzyczała niczym opętana. – Obiecałeś, że nie zginiesz! Obiecałeś, Dante… Obiecałeś…
Rozpłakała się rzucając na łóżko. Zaczęła szarpać się za włosy, wbijać paznokcie w skórę, obserwując niemal z chorą fascynacją krew na palcach.
Nie obchodziło ją, że skrzypek przestał grać, a wampirzyca puściła wolno młodzieńca. Skąd mogła wiedzieć, że jej krzyk był tak donośny, iż nawet grabarz zaniechał swojego zajęcia a w karczmie zaległa cisza. A tą straszną, wypełniającą ją niczym ołów ciszę przerywało tylko szeptane bicie serca układające się w krótką modlitwę. Przełknęła ślinę i wytarła łzy.  Wyszła z łóżka i niczym duch zaczęła się ubierać. Chwyciła pelerynę i wyszła z domu. Zewsząd dochodziła do niej tylko cisza, która sprawiała, że miała ochotę przebić sobie serce. Jednak musiała sprawdzić czy sen jest prawdą. Chociaż wypełniła ją pustka, i nie czuła już żadnych uczuć, ani swoich ani jego to musiała sprawdzić. Upewnić się.
Weszła do lasu i jak zjawa przemierzyła do w drodze do dębu, który widziała we śnie. I zamarła… Upadła na kolana niezdolna do przytrzymania na nogach własnego ciała po czym objęła ramionami jego wiotkie, pozbawione życia truchło. Potrząsnęła nim kilka razy choć wiedziała, że to nic nie da. Splamiła łzami jego klatkę piersiową usianą małymi nacięciami jednak rana na piersi była aż zbyt widoczna by ją przeoczyć. Zapłakana przymknęła oczy wdychając jego zapach, przypominając sobie smak jego rozgrzanych, wilgotnych warg teraz już chłodnych, które nigdy jej nie pocałują. Dłoni, które już nigdy jej nie dotkną, oczu, które już nigdy na nią nie spojrzą.  Uśmiechnęła się lekko, do jego pozbawionej jakichkolwiek emocji i kolorów twarzy.
- Dobranoc, Dante – wyszeptała z trudem wypowiadając każde słowo. -  Słodkich snów…
Po tych słowach zamknęła jego powieki i zostawiła ciało pod drzewem. Nie chciała go tam zostawiać, ale musiała poinformować kogoś o jego śmierci by zabrali jego ciało. Nie zwracała uwagi na to, że cała jej peleryna jest jego krwi ani, że ma krew również na ustach i policzkach a całe oczy były czerwone od łez a włosy sklejone.  Szła przez las, a następnie przez samo Miasto Straceńców czując na sobie spojrzenia innych, jednak nic sobie z tego nie robiąc. Nie musiała nic mówić, wiedziała, że odpowiednie osoby poszły już tam gdzie go znalazła i odpowiednio zajmą się jej ukochanym.
A ona? Co ona miała teraz zrobić?
Zerwanie powiązania sprawiło, że nie miała już woli życia, nie odczuwała już pragnień ani innych emocji.  Nie było w jej sercu już miejsca na radość, ale nie było tam też smutku. Ani szczęścia ani cierpienia. Ani miłości ani nienawiści. Czysta neutralność, obojętność, beznamiętność…
Weszła do domu nawet się nie rozbierając. Usiadła na łóżku przykrywając się i ściskając w dłoni naszyjnik. Kątem oka zarejestrowała, że ktoś jest u niej w domu i siedzi na łóżku. Ach,  to tylko jej brat, Michaił. Chyba ją przytulił a ona wtuliła się w jego ciepłe, bezpieczne ramiona, choć w sumie nie była pewna czy to nie jest aby sen. A chciałaby, by tak się stało… By mogła się obudzić i zobaczyć Jego uśmiechniętą twarz wpatrzoną w jej, odgarniającą zbłąkany kosmyk włosów  z twarzy i całującą ją na powitanie.  Jednak wiedziała, że tak nie będzie. Już nigdy. Nie usłyszy jego ciepłego głosu wymawiającego jej imię. Ale przecież to nie było jej imię… Chociaż, teraz było jej już wszystko jedno jak będą się do niej zwracać. Kogo to obchodziło?
- Chcę umrzeć – dało się usłyszeć czyjś zduszony głos. Ach, no tak, to jej. Ale czy miała ochotę umierać? Odbierać sobie życie niczym tchórz, który boi się tego co przyniesie wschód słońca? Ale, ona nie bała się tego co przyniesie słońce. Lubiła słońce… Ale czy teraz będzie w stanie je dostrzec? Zrozumieć ciepło jego barw, skoro nie usłyszy już Jego ciepłego głosu? Zrozumieć jego piękno, skoro nie zobaczy już Jego pięknych oczu? Zrozumieć jego żar, skoro Jego dłonie już nigdy nie rozpalą ognisk na jej skórze?
Nie.
Ale się postara. Bo on by tego chciał, prawda? Chciałby by zaczęła żyć dalej. A co jeśli ona nie była tak silna jak on myślał, że jest. Co jeśli nie podoła? Co jeśli go zawiedzie?

Co tym razem przyniesie słońce?

piątek, 17 sierpnia 2012

Koniec... // Przemyślenia Janosika vel Pajeczaka


Po dzisiejszej kłótni jaka była na Flash chacie postanowiłem że odejdę z bloga. Ale zanim to uczynię postanowiłem napisać wpis z przemyśleniami takimi jak na moim prywatnym blogu.


Wyobraźnia, według Wikipedii jest to zdolność do przywoływania i tworzenia w myślach wyobrażeń... Tak stworzyłem wielkiego demona, tak ma on swoje wady i da się go uśmiercić, nigdy nie twierdziłem ze jestem herosem. Dziś dowiedziałem się iż właśnie przez moją wyobraźnie moja postać jest uważana za "przekokszoną". Nie zgadzam się z tym tak samo z tym iż trzeba tworzyć postacie według schematów. Droga Wynn od początku dawałaś wolną rękę a teraz chcesz wprowadzić schematy ras? Co wolno a czego nie wolno? W ten sposób ściśle ograniczasz wyobraźnie a blogi od zawsze były tworzone po to by pisać na nich opowiadania dzięki którym możemy swoją wyobraźnie poszerzać. Nie zgadzam się z wieloma twoimi argumentami bo mam takie prawo, ale nie pozwolę wmawiać komuś że jest on zły i niedobry bo robi taką i taką postać. "Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera" nie jest to groźba lecz stare mądre przysłowie które mam nadzieje zrozumiesz prawidłowo. I żeby nie wyszło na to że jestem zły i nie dobry bo nie lubię schematów bo potrafię się dostosować, ale po prostu nie lubię hipokryzji w stylu "4. Istnieje całkowita dowolność tworzenia postaci. Jedyne, co Cię ogranicza to zdrowy rozsądek i realia. Nie wcielajmy się w samych potężnych, prawie nieśmiertelnych bohaterów. To szybko stanie się nużące." A potem nagle stwierdzenie że należy wprowadzić schematy bo przecież wszyscy przesadzają z postaciami, a przynajmniej większość. Wybacz to był ostatni gwóźdź do trumny i nie mam ochoty współpracować z taką osobą. Dla tego w jednej chwili straciłaś cały mój szacunek. 


Pozdrawiam i życzę miłej gry


Janosik vel Pajeczak znany jako Dante

Klątwa srebrnego smoka.



Yakar Saro - srebrny smok, przeklęta dusza. Lat 1000, wygląda na 20. Zajęcie: nauczyciel kontroli żywiołów. 


OPIS:

Urodziła go kobieta, nasienie dał nieznajomy, którego krew musiała być niezwykła, bo chłopiec, który urodził się tej sztormowej nocy, kiedy morze było gniewnie wzburzone, był inny. Najdziwniejsze były jego oczy, które w ciemnościach mieniły się odcieniami złota i czerwieni, co wprawiło jego matkę w dzikie przerażenie i chodź wiedziała, że jej dziecko będzie odmieńcem wyrzekła się go z obawy przed konsekwencjami. W tamtych czasach palono kobiety na stosach za coś takiego. Odkąd sięga pamięcią,
 Yakar wychowywał się sam. Zawsze zdany na siebie, na to co upoluje lub ukradnie stał się twardym człowiekiem, niemal żelaznym. Już od małego łapał się dorywczych prac i całym sercem nienawidził dorosłych, który albo go wykorzystali jako siłę roboczą albo przeganiali z podwórka, kiedy prosił o jedzenie.
 Kiedy dorósł było już za późno i był pełen awersji do wszelakich istot ludzkich, a szczególnie do kobiet. Tych nigdy nie darzył szacunkiem i upodobał sobie ich wykorzystywanie dla własnych namiętności. Wszystko przez matkę, która pozostawiła w jego sercu wyrwę.
 Lata mijały, świat zmieniał się podczas dekad a Yakar wciąż pozostawał młody i w sile wieku. Musiał emigrować, żeby nie ściągać na siebie podejrzeń.
 Wykształcenie, które później zdobył oraz doświadczenie sprawiło, że dorobił się niemałej fortuny, ale bynajmniej nie przez uczciwą pracę.
 Nauczył się kantować i oszukiwać, oraz wyzyskiwać ludzi do ostatniego centa i pewnie bawiłby się w to nadal, gdyby nie pewien deszczowy wieczór.
 Wtedy za swój obiekt oszustwa obrał niewłaściwą kobietę, która okazała się być przebiegłą czarownicą i kiedy tylko wywęszyła podstęp ukarała Yakara bardzo surowo.
 Ujawniła jego naturę w najpodlejszy sposób, sprawiając, że zaczął zamieniać się w srebrnego smoka w którego zmienia się każdej nocy.
 Podczas przemian Yakar rzadko jest sobą przez co dochodzi do niekontrolowanych przez niego morderstw.
 Srebrny smok stał się więc legendą i koszmarem opowiadanym przez rodziców swych krnąbrnych dzieci.
 W zamierzchłych czasach za głowę srebrnego smoka oferowano forntune.
 Yakar nie miał wyjścia i porzucił swój dawny styl życia, kupując wielką posiadłość w Graleyn.
 Miasto to spodobało mu się bardzo i chociaż wciąż nie kontroluje swoich przemian, kontroluje swoją duszę. Mimo to woli nikomu nie pokazywać swojej drugiej, mniej łagodnej natury.
 Osiadłszy w jednym miejscu na dłużej zaczął interesować się mocą płynącą z matki natury, a konkretniej z 4 żywiołów. 
 Szybko okazało się, że ma do tego niezły dryg i że radzi sobie znakomicie.
 Ostatecznie stał się w tym tak dobry, że chcąc znaleźć sobie zajęcie przyjął pod swoją opiekę uczennicę, której gotów jest przekazać swoją wiedzę.

 Yakar ma przedziwny charakter. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy jest postacią pozytywną czy negatywną. Na co dzień zachowuje się jak gbur, który przemyka zmokłymi ulicami nie odzywając się do nikogo. Bywa samotnikiem, który mieszka w swoim zamku na wzgórzu wraz z kilkoma lokatorami. Nie wielu z poza jego kręgu chcą mieć z nim coś wspólnego.
 W chwilach jednak kiedy w niebezpieczeństwie znajduje się dziecko czy niewinne zwierzę potrafi zamienić się w herosa i przynieść ratunek. 

 
W SKRÓCIE:

Zrodzony z człowieka i Boga• Obłożony ciężką klątwą za nieposłuszeństwo • Przemienia się w srebrnego smoka

ZDOLNOŚCI:

Latanie • Nadludzka siła • Przemiana w smoka • Wytwarzanie ognia

Nie kopiować skórki!

ROZDZIAŁY   Poboczne    Powiązania 

>> Karta Calsei<<

***
I to znowu ja! Tym razem z panem. Od razu mówię, że Yakar i Calsei nie będą parą, jakby się mogło wydawać po tym, jak stworzyłam postacie przeciwnej płci xD 
No i standardowo wątki i powiązania wywołują u mnie objawy radości.
Kartę pewnie uzupełnię, poprawie, jeszcze pomęczę i tak dalej :D 
Nie mam nic przeciwko zaczynaniu, ale lubię też rzucać pomysłami dlatego wolałabym nie robić wszystkiego sama. Sprawiedliwie będzie jak ten kto da pomysł nie będzie musiał zaczynać. 
Pozdrawiam!  

Noc stu życzeń.


 Calsei, lat 3000, Dżin, który nie spełnia już życzeń, Zajęcie: Uzdrowicielka. 

  Calsei została stworzona przez kapryśnych Bogów, który zdecydowali, że czas powołać na świat istoty, które będą spełniać zachcianki innych. Było to doskonałe rozwiązanie dla Bóstw, których wysłuchiwanie ludzkich próśb bardzo zbrzydło. Nie można powiedzieć, żeby życie Dżina było usłane różami. Calsei rozwieje wszelakie wątpliwości na ten temat. Przez wiele lat służyła na dworach cesarskich jako prywatna zabaweczka władców, którzy nieustannie chcieli, aby ich marzenia stawały się rzeczywiste i to za sprawą dziewczyny. Była niewolnicą ich zachcianek, ich egoistycznych pragnień. Nieraz musiała wpływać na wynik wojen, wygląd, relacje, a wszystko po to, aby oni byli zadowoleni. Nie miała wyjścia, nie mogła uciec bo i nie miała dokąd. Nie tylko jednak dlatego. Nad dżinami ciąży bardzo stare i okrutne prawo, które mówi, że jeżeli nie spełnią życzeń swoich właścicieli zostaną ukarani śmiercią. Na szczęście po wielu, wielu latach prawo nieco zmieniono i ustalono, że jeden człowiek ma prawo do trzech życzeń od jednego dżina. Trudno jednak powiedzieć, aby to zwróciło im całkowitą wolność, bowiem jeden władca przekazywał  lampę drugiemu i tak ciągnęło się to w nieskończoność. W końcu Calsei nie wytrzymała i zamordowała ostatniego ze swoich właścicieli. Stało się to w roku 20 n.e, a ponieważ życzenie nie zostało sprecyzowane i wypowiedziane to nie musiała umierać z powodu jego nie spełnienia. Tak udało jej się nagiąć prawo. Zabrała ze sobą swoją złotą lampę i schowała w miejscu o którym tylko ona wie. A wszystko po to, aby nikt więcej jej nie odnalazł i nie pozyskał na własność. Ponieważ zamordowała swojego właściciela jest poszukiwana przez Bogów, który łaknął wymierzenia jej surowej kary. To zmusiło ją do nieustannego ukrywania się, życia w cieniu jak najdalej od ludzi. Graleyn stało się jej najlepszą kryjówką. Tutaj była taka, jak wszyscy - miała swoją przeszłość, swoje tajemnice, swoje demony snów. Nikt nie pytał i nie domagał się odpowiedzi o jej tożsamość. Zyskała wolność, a żeby odkupić swoje winy z powodu pozbawienia człowieka życia, zaczęła uzdrawiać innych i leczyć ich dolegliwości.

Calsei jest osobą, której twarz nieustannie wyraża tajemniczość. Jej oczy są wiekami zamkniętych skrzyń do których nikomu nie wolno zajrzeć. Żyje z dnia na dzień w każdej chwili gotowa na to, aby jej świat rozpadł się na milion kawałków. Spodziewa się, że mogą ją znaleźć szybciej niż by chciała i tego obawia się najbardziej. Przez mieszkańców uważana za cudowną osóbkę, która wyleczy ze wszystkiego co dolega ich ciałom. Nikt nie ma pojęcia kim jest. Uwielbia łucznictwo oraz zabawy z mieczem. Doszła do wniosku, że umiejętności walki pozwolą jej na obronę w przypadku zagrożenia i da jej pewną niezależność jakiej nie mogła dostąpić będąc niewolnicą. Zna się na ziołach, które regularnie zbiera i wytwarza z nich lekarstwa. W towarzystwie nie wiele mówi, za to woli słuchać z uśmiechem i przytakiwać. Kiedy już otwiera usta to tylko po to, aby opowiedzieć ciekawą baśń czy legendę. Nigdy nie mówi o sobie.  
ROZDZIAŁY Postacie poboczne Powiązania 
 ***
Witam wszystkich bardzo ciepło! Mam nadzieje, że Calsei jest chociaż odrobinę oryginalna i nie nudna,  ale jakby coś to przepraszam :) Jestem chętna na powiązania i wątki. 
 Moja zasada? Kto rzuca pomysł ten nie musi rozpoczynać wątku :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Dance with the devil



Zhaotrise Starsza Krew, Hen Ichaer - Iskra


OPIS:

Iskra podparła się dłońmi pod boki, zawadiackim spojrzeniem omiatając miasto leżące w dole. Szeroki uśmiech wypełzł na jej usta, a w umyśle zaczął formować się plan. Plan wielce nikczemny i okropny, bo zakładający opróżnienie każdej możliwej sakiewki i przekazanie tych kosztowności na jedyny słuszny cel - celem tym była biedota, a biedotą w mniemaniu Iskry była... Iskra.
Jeśli dobrze oceniła odległość i jeśli znów nie zlekceważyła zbocza góry, dotrze tam przed zmrokiem, jeśli wyruszy natychmiast. Obejrzała się za siebie na konia stojącego nieopodal. Była to klacz, klacz biała, nakrapiana w czane cętki, przy czym była niesamowicie uparta i niemożliwa, nic nie robiła sobie z Iskrowych szarpań wodzami i uparcie szła swoim torem. Elfka jednak, mimo wielu wpadek, które to zawdzięcza właśnie swemu wierzchowcowi, nigdy nie zamieniła by jej na jakiegokolwiek innego konia. W., bo takie to miano nosi klacz, mało obchodzą natomiast odczucia Iskry względem jej, końskiej osoby. Póki jest owies, jest i W.
***
Droga była niebezpieczna, usiana kamieniami, kamyczkami, kamyczkusiami i kamyczeńkami i jeszcze wieloma innymi odłamkami skał, na które Iskrze zabrakło już nazw. Ile można zdrabniać wyraz kamień? Uparcie szła w dół, co jakiś czas oglądając się na W. która stawiała kopyta ostrożnie, przy czym robiła to strasznie wolno. Na twarz elfki wkradło się zrezygnowanie i całkowita kapitulacja.
- Jak bogów kocham, wymienię cię w najbliższej stajni na coś lepszego! Nawet muł byłby lepszy! - to krzycząc, Iskra ruszyła szybkim krokiem w dół. Machała rękami zamaszyście, jak gdyby była jakimś żołnierzem z regularnej armii. W. prychnęła i dalej stawiała ostrożnie kopyta.
***
Strój złodziejki był nieskomplikowany. Była nim prosta, czarna tunika z długimi rękawami sięgająca połowy uda, ciemne skórzane spodnie i buty podciągnięte niemal po kolana na niewielkim obcasie. Raz po raz wyklinała ostatni krzyk mody wśród możnowładców. A rozsądek podpowiadał "Iskra, zostaw te buty". Ale przecież biedota nie powinna wybrzydzać. Do pasa, który to zwinęła z jakiegoś loszku w Damaszku, miała przytoczony sztylet. Kunszt jej przodków zachwycał każde oczy, czy to krasnouda, czy elfa, czy bogowie wiedzą czyje. To był też głównie fakt, dzięki któemu ludzie od razu ją kojarzyli i zwykle, po paru godzinach musiała uciekać, jeśli nie chciała zostać nadziana na widły. Ludzie nie lubili złodzei, nawet tak finezyjnych jak Iskra, która była doprawdy mistrzynią swego fachu, jak i kwintesencją manipulacji i nieuczciwości w jednym.
Taki mały, prywatny demon, jak to określał Erian.
Prócz tego, elfka nie żałowała sobie świecidełek. Jej ulubieńcami były kolczyki, splot srebra z jakimś kamieniem, któego Iskra nie potrafiła określić jednym słowem. Te dwie kosztowności zwykle zdobią uszy elfki, niemal zawsze skryte pod kaskadą ciemnych włosów. Na palcu lewej dłoni, na palcu wskazującym nosi pierścień. Nieznanego pochodzenia jest on, wyglądający jak obrączka. Jednak, pierścień ten wyryte ma na sobie słowa... Słowa pradawnego języka elfów. Nie dane jednak jest to zobaczyć każdemu, bowiem dłonie elfki zwykle schowane są w ciemnych rękawicach. W rękawach, czy to w spince, która zdobi jej włosy ma pochowane różnego rodaju i wielkości wytrychy. Do tego, by obraz pełnym mógł się stać, należy dodać jeszcze ciemny płaszcz zapinany klamrą pod szyją. Doszyty do niego był także głęboki kaptur, który pozwalał elfce na okrycie twarzy gdy wymagała tego sytuacja.
I tak właśnie ubrana wkroczyła do miasta, gdzie wszystko się skończyło dając początek nowemu. Wszak zawsze coś musiało się skończyć, by zacząć mogło się... Coś.
***
- Cztery srebrniki.
- Dwa.
- Cztery.
- Dam trzy i koniec.
- To ja chcę dziesięc.
- Dobrze, niech będą cztery...
Brzdęk monet o blat drewnianego stołu gospody Zielonego Smoka wywołał na twarzy elfki nieznaczny uśmieszek. Wprawdzie, nagroda za informacje jakich dostarczyła była marna, ale przeżyje za to parę dni. Parę dni o pełnym brzuchu, pod szczelnym dachem, trzeba zaznaczyć. Zleceniodawcą był jej człowiek, o jednym oku ślepym, a drugim w barwie czerwieni. Elfce nie podobał się ten człowiek, ale pracy się nie odrzuca przez takie błahostki. Szybkim ruchem zgarnęła monety, a on gwizdnął. Mężczyźni oderwali się od stołów rzucając się na Iskrę, a ta odskoczyła w bok. Więc chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Sprzedała kopniaka jednemu z drabów, drugiego walnęła stalowym kubkiem w głowę, trzeciego podcięła i wypadła z karczmy. Ale tam czekały na nią straże. Dostała po głowie drewnianą pałką i padła twarzą w błoto.
***
Obudził ją chłód, smód i głód. Drętwota ciała sprawiła, że przewrócenie się na bok było istną katorgą. Głowa bolała ją niemiłosiernie, a wzrok był mętny, rozmazany. Chwilę tak leżała na kamiennej posadzce wyklinając na czym świat stoi, po czym usiadła i zamrugała parę razy. Była... Była w lochu. I to takim z prawdziwego zdarzenia, nie jakimś tam loszku jak w Damaszku. Jej uszy ukuł wrzask torturowanego jeńca, aż ciarki przebiegły po jej skórze.
- No, jak się spało? - zarechotał strażnik siłując się jednocześnie z zamkiem jej celi. Adrenalina sięgnęła niemal zenitu, a Iskra uciekła pod samą ścianę kuląc się ze strachu.
- E, no, co się chowasz tam? Mam tylko zobaczyć czy ci czasem łba nie rozłupali, ale skoro tak, to Drazwog z tobą kobieto. - porzucił siłowanie się z zamkiem, a Iskra wytężyła pamięć do granic możliwości. Drazwog? Czy nie był to... Czy to nie był czarny bóg orków? O bogowie, trafiła w łapy orków... Nagle wszystko stało się jasne. Smród jaki wisiał w powietrzu, krzyki jeńców, brud jaki oblepiał każdy centymetr jej celi. Siedziała w najgorszym możliwym więzieniu tego świata, w forcie Sulfur, gdzie urzędowały orki. Najbardziej plugawe istoty jakie tylko stworzyli bogowie. Jęknęła na myśl o czekających ją torturach.
Ale po co im była... Zwykła złodziejka?
***
- Kto cię szkolił.
- Ile... Mam... Jeszcze... - z trudem zmuszała się do kolejnych oddechów, czy nie mogli jej zabić? Tak po prostu zabić? - ... Powtarzać... No ile mam jeszcze powtarzać, że nikt.... Nie jestem.... Nie jestem żadną magiczką, u cholery!
- Nar'g, rób swoje.
Rozpalone do czerwoności żelazo znów pogłaskało jej skórę, a z ust wydobył się kolejny wrzask. Na czoło wystąpił krawawy pot, a oddech stał się jeszcze bardziej nierówny i płytki niż jeszcze przed parma minutami.
- Może teraz masz chęć rozmawiać?
Iskra załkała i szarpnęła więzy oplatające jej nadgarstki. To było tak cholernie niesprawiedliwe, przecież nie znała magii. Nie potrafiła się nią posługiwać, a on pytał kto ją szkolił... I za prawdę karał rozpalonym żelazem. Znów dotyk żelaza, przez któy niemal traciła zmysły. Który to był dzień? Ile tu siedziała? Czy świat się skończył? Może to piekło...?
Duch uleciał z jej ciała zabrany dokądś, gdzie trafiają tacy męczennicy jak ona. Do czarnej ziemi, gdzie wszystko spowijała czerń. Gdzie błąkały się dusze bez domu, bez rasy i bez państwa.
***
Czarne drzewo, na nim czarne liście, a po gałęzi bryka czarna wiewiórka. Drzewo to stoi nad czarnym jeziorem, na czarnym pustkowiu, w czarnej nicości pozbawionej sensu. Nie żyła i była tu sama. Czy każdy ma swoją własną nicość, w któej czeka na koniec, na kres wszystkiego? Wiewiórka zeskoczyła na ziemię i przyjrzała się jej swoimi czarnymi oczkami, jak dwa małe paciorki.
Nie Zhaotrise, to nie jest koniec. A ty powrócisz. - odezwał się głos w jej głowie. Gdyby wciąż posiadała ciało, mogłaby powiedzieć, że się wzdrygnęła. Zwierzątko przekrzywiło łebek i ciekło na drzewo. Obraz rozmazywał się, tonął w tak ciemnych odcieniach czerni, że Iskrze po raz kolejny wydało się, że świat się kończy.
***
- Budź się!
Chłodna woda uderzająca w twarz, czyjeś ramiona potrząsające jej ciałem.
- Elfko! Otwórz oczy!
Nie pachniał orkiem.
- Słyszysz mnie? Powiedz coś!
Nie brzmiał orkiem.
- Cholera, Enid, ona chyba nie żyje.
Enid? Ona też nie pachnie orkiem.
- Żyje, czuję ją.
Cholera, dwa małe orki, które ją budzą. Ale chwila. Nie, przecież przed chwilą ustaliła, że to nie orki...
- Jeśli nas słyszysz, kiwnij głową.
Ten głos był opanowany, spokojny i zdecydowanie kobiecy. Iskra zaryzykowała, kiwnęła głową, na co mięśnie odpowiedziały palącym bólem.
- Widzisz? Pewnie się bała żeś ork, bo tak się darłeś.
- Łżesz jak krasnolud na szczudłach i dobrze o tym wiesz... - burknął ten drugi.
- Kimkolwiek jesteś, wiedz, że wywieziono cię razem z martwymi ciałami z Sulfuru. A my zwykle rabujemy trupy. Ale... Ale dla ciebie zrobiliśmy wyjątek, bo widzieliśmy, że żyjesz... Choć nie powinnaś.
Nie ma co, piękne pocieszenie. Elfce wydawało się, że coś czuje, że coś gnieździ się na skraju jej świadomości. Coś... Magia. U cholery jasnej, coś obudziło w niej dziedzictwo krwi i teraz zostanie pieprzoną magiczką. W sumie... Będzie łatwiej otwierać zamki.
***
Iskra westchnęła. Właśnie mijał okrągły rok od wydarzeń na Sulfurze. Większość śladów po przypalaniu żelazem zdołała zagoić dzięki magii. Ale... Ale zostało parę ran. Między innymi, te na lewym biodrze, które dla niewtajemniczonego mogły się wydawać jakby pozostałością po zadrapaniu wielkiego kota. Trzy, podłużne, o poszarpanych brzegach ciemne blizny. Wieczna pamiątka, dzięki której wiedziała kim jest.
Zdołała odzyskać W., klacz o dziwo podążała śladem elfiej pary jaka uratowała ją z trupiarni. Zdołała odnaleźć swój pierścień, a to wszystko dzięki magii. W rok opanowała większość niszczycielskich zaklęć, jakie odnalazła w starej księdze zrabowanej jednemu mędrcowi.
Elfka spojrzała przed siebie. Miasto Straceńców. Brud, smród i ubóstwo, jak zwykła mawiać widząc miasto, które nie miało pozłacanych dachów ani murów z białego marmuru. Zatopiła się w lekturze pergaminu licząc na spokój. W końcu, ponoć każdy odmieniec mógł liczyć na takie zjawisko. Dokładnie tutaj, w tym miejscu, w zapadłej dziurze, w samym sercu świata nadnaturalnego, który też nie miał konkretnej nazwy. A może miał, ale ktoś ją ukradł.

INNYMI SŁOWY:

Potomkini Astrid Nocnej Damy • Pełnokrwista elfka • Starsza Krew obciążona klątwą

OGÓŁEM:

złodziejka • magiczka • kwintesencja manipulacji i nieuczciwości

Nie kopiować skórki!


Powiązania - Poboczne - Miejsca -Historie

-___________________________________________________________
Aktualizacja karty:
Aktualizacja podstron: 30/08 - pojawiły się poboczne, trwają prace nad Miejscami

No. To na razie tyle, reszta wyjaśni się... Z czasem~ 
Naciągnęła płótno na deskę. Smukłe dłonie podkasały rękawy czarnej sukni, potem sięgnęły po długi pędzel. Jeszcze tylko zamoczyła odrobinkę w wodzie, by rozrzedzić farbę i delikatnie poczęła muskać papier. Czerwona plamka, a przy niej zaraz pojawiła się następna. Włosy.
Okalały twarz rumianą młodej kobiety.

Biegła boso lasem uśmiechnięta w zielonej sukni. Chowała się co chwila za drzewem.
Cichy radosny śmiech wymykał się z jej zmysłowych ust, kiedy spoglądała na poczynania ukochanego.

Grubszym nieco brązem ubrudzonym włosiem przymocowanym do patyczka zaznaczyła męską sylwetkę niedaleko dziewczyny. Czarną farbą namalowała krótkie włosy oraz oczy o przenikliwym spojrzeniu.

Nie spodziała się nawet, kiedy silne ramiona objęły ją delikatnie. Obdarzył ukochaną namiętnym pocałunkiem. Później ruszyli razem nad brzeg jeziora.

Piękna para, gdyby nie to, że źle wróżebna. Któż by pomyślał, że rosły brunet tulący kobietę okazał się przykładnym duchownym z parafii małej wioski.

Dookoła zakochanych naniosła pędzelkiem pełno zieleni w różnych odcieniach. Po prawej stronie jednak wylała atramentu odrobinę. Na granatowej plamie zaznaczyła drobny cień małego dziecka.

Zaniósł Igwę nad jezioro, gdzie położył ją delikatnie na trawie, a po chwili ułożył się obok. Spoglądali razem na niebo rozmarzeni. Chociaż w tym miejscu czuli się wolni. Nie musieli niczego przed nikim ukrywać.

~~***~~

Spotykali się coraz częściej i coraz to intymniejsze były ich stosunki.
Z czasem rudowłosa nie biegała pełna energii, lecz spacerowała powoli w lekkiej sukience czule przemawiając, masując duży brzuch. Obok niej wiernie towarzyszył Joseph który był gotów nieba przychylić. Tylko on był wobec niej życzliwy.

- Jak śmiałaś! Egoistko pieprzona! Cóż o nas inni pomyślą?! Sąsiedzi, mieszkańcy … Zachciało ci się kurwić z księdzem - krzyczała stara kobieta. Na głowie miała czepiec spod którego wychodziły srebrne wręcz kosmyki włosów. Stała w kuchni opierając się o stół w brudnym fartuchu. Jej twarz wykrzywił grymas pełen wściekłości.
- Matko kochana, ale ja … ja tylko proszę o … - jąkała się połykając łzy.
- Gówno mnie to obchodzi! A kysz mi z mego domu, a kysz! Nie jesteś już moją córką - przerwała jej.
Szarpnęła mocno szlochającą Igwę za ramię i wyrzuciła za drzwi. - I mi się tu więcej nie pokazuj - warknęła.

Kiedy opowiedziała o całym zdarzeniu Josephowi, leżała słaba na kocu. Nadchodził już ten dzień...
~~***~~

Owinęła dziecię skrawkiem swej sukni i przytuliła delikatnie do piersi. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Widok pulchnej twarzyczki pozwolił zapomnieć o ogromnym bólu, jaki przeżyła.
Słowa jej matki jednak wciąż tkwiły w jej pamięci.
Wstała z trudem. Przeszła się powoli brzegiem kołysząc lekko niemowlę. Przystanęła spoglądając w toń, gdzie nie mogła dojrzeć dna. Położyła dziecko, by rozejrzeć się za kamieniem. Ten, niedaleko niej był dość ciężki.
Spojrzała po sobie, na nóż i kamień przygryzając wargę aż do krwi. Wahała się długo spoglądając na syna ze szczerym smutkiem, roztargnieniem. Nagle malutka piąstka chwyciła ją za palec. Łzy napłynęły jej do oczu. Najchętniej wykrzyczałaby się, uwolniła wszystkie emocje. Tak jak dziecko, które przed nielada chwilą przybyło na ten niesprawiedliwy świat.
W napływie sił, poprawiła szmaty, by zakryły mocno jego główkę. W pomiędzy materiał okalający jego główkę, włożyła znaleziony kamień. Sapiąc jak jakaś opętana wbiła nóż w drobne ciałko po samą rękojeść. Wyrzuciła je do wody jak najdalej, jak jakiegoś śmiecia. Plusk.
Gdy dotarło do niej co uczyniła, padła na kolana płacząc bezgłośnie. Zastygnęła w bezruchu. Odwróciła gwałtownie głowę, aż sklejone potem włosy opadły jej na twarz, usłyszawszy szelest pochodzący z krzewów.
Ukochany oraz jego towarzysze spoglądali z niemym przerażeniem na Iwgę, która ukryła twarz w dłoniach.

~~***~~

Ze szczegółami nawet namalowała różne rośliny z których robiła napary. Wysoko nad czubkami drzew i jeszcze wyżej, pozostawiła żółtawa plamę. Słonce, które praży niemiłosiernie, jak języki ognia.


Igwa była zielarką, która nie potrafiła odmówić pomocy potrzebującym. Leczyła naparami i maściami z ziół, które znajdywała w lesie, bądź przy jeziorze.
Bardzo przesądna kobieta, choć niekoniecznie religijna. Nie pomyślała również, że ktoś się tego uczepi.
~~***~~

Kiedy zapadł zmrok, nie miała gdzie pójść. Błądziła głodna po wiosce, a księżyc peszył ją swym blaskiem. Na gwiazdy bała się spojrzeć, skoro mówią, że to zmarli, którzy spoglądają na Ziemię...
Wtem ktoś wykręcił brutalnie jej ramiona w tył. Krzyknęła przestraszona miotając się. Rude włosy znów zakryły jej oblicze, ale i tak zauważyła kto jest jej oprawcą. Pamiętała dokładnie, jak wraz z Josephem spoglądał na nią, kiedy klęczała na brzegu. Niebieskoki mężczyzna o jasnych włosach swobodnie opadających na ramiona trzymał ją w stalowym uścisku. Usta miał zaciśnięte w wąską linię. Po chwili otoczył ich wianuszek wieśniaków trzymających pochodnie, grabie, co tylko popadło im w łapska.
- Wiedźma! Zabić ją! Na stos! - darli się na całe gardło, kiedy blondyn prowadził ją środkiem drogi, choć wrzeszczała, miotała oraz potykała się o własne nogi. Była zmęczona w dodatku nienawidziła czuć się bezradnie, upokorzona.
Doprowadzili ją na miejsce, gdzie w centrum uwagi stał słup i stos, a obok kat trzymający liny, które zaraz ujarzmiły rozszalałą rudowłosą ciasno przywiązując do słupa.
Stanęła na rzuconych belkach w postrzepionej, brudnej sukni, co lepiła się wręcz do jej obolałych nóg. Nie miała już sił, żeby krzyczeć, choć wciąż starała się uwolnić. Serce dudniło rozszalałe. Oddychała ciężko. Nagle przez jej głowę przebiegła pewna myśl - “Może jednak lepiej, jak mnie zabiją? Nie będę musiała uciekać ….” Potrząsnęła energicznie głową.
Każdy zebrany podszedł do kobiety i z kpiną splunął jej w twarz. Hańba!
Zaczęła się przyglądać każdemu z osobna rozpoznając znajomych, sąsiadów, ale czyjś donośny głos rozproszył jej myśli.
- Igwo. Tegoż dnia w imeniu wspólnoty oskarżam cię o uprawianie czarnej magii, brak bojaźni bożej, zabicie własnego dziecka, oddanie duszy szatanowi oraz działanie
wbrew woli Pana oraz naszemu prawu, które tak dobrze znasz. - ogłosił pulchny mężczyzna w ciemnobrązowych oczach trzymający zwój.
- Tak, to ona! Widziałem ją, jak dziecię zabiła! Czarci to był miot zapewne! - wrzasnął ten, który przytargał ją w te miejsce. Z tłumu wyłoniła się kobieta w czerwonej sukni.
- Me dziecko chciała otruć! Ziółkami, chwastami, gdy z chorobą się zmagało - oskarżyła drobna blondynka, która zamieszkała obok jej chatki.
Stojący za nią rosły brunet, który trzymał wcześniej liny, szarpnął Igwę za włosy, aż syknęła z bólu.
- Spójrzcie zresztą na jej włosy, co wyglądają jak żywe płomienie. Wiedźma! - powiedział i szarpnął jeszcze mocniej, by wzrok zwróciła ku niemu, później do egzekutora .
- Nie jestem do cholery! Nie! - wydarła się zaciskając oczy ze złości.
- Przyznaj się dobrowolnie. Od kiedy jesteś wiedźmą?! - naciskał mierząc rudowłosą nieprzychylnym spojrzeniem.
Kat prychnął tylko oraz zabrał czyjąś pochodnię, by podpalić stos. Kątem oka dostrzegła ukochanego. Stał wśród tłumu w sutannie i koloratce. Zawsze widywała go w chłopskich łachmanach spoglądającego na nią czule, a dziś... dziś... Czy to był jej Joseph?
Patrzył niewzruszenie. Nie myślał ani pomóc swej umiłowanej.

~~***~~

Taka oto historia się niesie, co jedna kobiecina drugiej przekaże. Może coś dopowie, albo jej umknie skubiąc piórka, czy targując się przy straganie.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że Joseph przepadł bez wieści. Ileż w tym prawdy?

Jeszcze tylko parę plamek i gotowe. Przy włosach majstrowała jeszcze pędzelkiem w krwi ubrudzonym, potem sok z trawy gdzieniegdzie naniosła. Czyste miejsca na płótnie, gdzie mężczyznę namalowała, ubrudziła ziemią wymieszaną z odrobiną wody jeziora. Wszystko pochodziło z pamiętnego miejsca. Skończone.

- Teraz tylko po sobie posprzątać - westchnęła. Rozejrzała się dookoła. U jej stóp leżał martwy mężczyzna dobrze znany o kruczoczarnych włosach. Krew już się nie przyda. Małą tajemnicą jest, że ktoś zlecił Josepha pozbawić życia właśnie Hesh. Szkarłatne plamy zdobiły brzeg. Nic dziwnego, że powiadają, iż obrazy Heshtje mają duszę. Może i nie duszę, ale małą cząstkę i owszem.
Woda pociemniała, kiedy wciągnęła sztywne ciało.

~~***~~

Ktoś energicznie zapukał do drzwi Hesh. Otworzyła je z rozmachem ubrana suknię ubrudzoną farbami. Jej oczom ukazała się stara kobieta w czepcu na głowie spod którego wydostawały się srebrne kosmyki włosów.
- Witam. Przyszłam odebrać obraz - powiedziała spokojnie opierając się o framugę drzwi.

( A oto mój wytwór. Inny ( może nawet gorszy), niż poprzednie, które napisałam na onecie. Akapity i wyśrodowania mi zeżarło ... Dzięki wielkie Aileen za pomoc :D)

środa, 15 sierpnia 2012

Jack Blood


Imię: Jack

Nazwisko: Blood

Wiek: wygląd 25

Rasa: Wendigo (górski potwór żywiący się ludzkim mięsem)

Profesja:
Szmugler. Inaczej tzw "chodzący czarny rynek". Nie jest wybredny jeśli chodzi o klientów, ale co daje bycie szmuglerem? To proste, sprzedajesz to co chcesz bez ograniczeń. To jak zwykły handel, z tą różnicą że stawką może być spalenie na stosie. Ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie Jack. 

Moce:
- "Zamrożenie": na krótką chwile okolicę lub dany obiekt
- "Mgła": dany obszar zakrywa gęsta mgła
- iluzje, głównie by zmylić przeciwnika, np: stworzyć obraz swojej osoby,

Dodatkowe informacje:
W porównaniu do innych ze swojego"gatunku", Jack potrafi wyczarować krzew białych róż, zwanych również "Różami Północy" ze względu na swój nietypowy kolor. Do walki oprócz swoich szponów również używa krótkiego miecza.

Historia:
Urodził się w jednej z alpejskich wiosek na terenie Francji. Jego matka była znachorką, ojca nie znał. Żył razem z matką aż do 12 roku życia, gdy inkwizycja pojawiła się w owym spokojnym miasteczku pod pretekstem polowań na czarownice. To wtedy jego matkę spalono na stosie, a on uciekł w góry. Tam poznał swoje prawdziwe oblicze. Był potworem pozbawionym sumienia. Jednak, cały czas myślał o swojej matce i ta myśl pozwoliła mu zachować resztki człowieczeństwa. Nauczenie się przemiany w zwykłego człowieka oraz na powrót w górskiego potwora zajęło mu cztery lata. Wtedy wrócił do miasta i aby przeżyć zajął się handlowaniem rzeczami, których inni nie chcieli sprzedawać. Jego mentor uczył go jak powinien zachowywać się prawdziwy przemytnik. Uczył go zasad jakie panują na świecie, iluzji oraz jak unikać i rozpoznać inkwizycję. Jednak i to życie nie trwało długo, gdyż jego mentora powieszono. Po ponad trzech latach tułaczki po całej Europie przybył w końcu do Graleyn. Obserwował mieszkańców miasta, poznawał jego okolice, brudne zatłoczone ulice. Od dwóch lat jest w tym mieście i dopiero kilka dni temu dowiedział się o "drugiej" twarzy miasta w którym ludzie i nie ludzie tacy jak on żyją i ukrywają się przed inkwizycją.


Wygląd:
-Człowiek: wysoki blondyn o zielonych oczach. Zazwyczaj ubiera się w czarny płaszcz oraz czerwoną koszulę. Ten wygląd sprawia, że wygląda niemal jak ktoś z bogatej i wpływowej rodziny.
-Wendigo: cztero metrowe monstrum o ostrych kłach i szponach zdolnych rozerwać niedźwiedzia. Pod tą postacią kolor jego oczu zmienia się na czerwony, ciało pokrywa szara gęsta sierść z białymi odrostami na ramionach oraz czymś co wygląda jak pierzasta grzywa. 

Wygląd ludzki:


Wygląd wendigo:


"Cel uświęca środki" - Ale czy na pewno?

Niewiele już pozostało ze świecy, która rozjaśniała niewielkie, piwniczne pomieszczenie. Płomień wił się niczym język węża. Czasami na chwilę zanikał by znów się pojawić i rozjaśnić nikłym blaskiem ściany pokoju. Świecznik stał na starym stole po środku pomieszczenia, które było długie na cztery metry i szerokie na trzy. Znajdowało się tam tylko jedno wyjście. W ścianie na przeciwko drzwi znajdowało się wgłębienie z kilkoma pólkami, na których stały przeróżna przedmioty. Od kilku zwiniętych map, przez szklany kielich po czaszkę kozy, która witała przybyszów pustymi oczodołami. Jednak ich nigdy nie było tutaj wielu. Tylko jedna osoba tu przybywała i przetrzymywała swoje rzeczy. W jednym z kątów była postawiona ogromna skrzynia a po środku jednej z bocznych ścian stała doskonale zadbana toaletka z dużym, owalnym lustrem. Na mebelku leżały dwa długie, zakrzywione sztylety oraz zwitek papieru wraz z kałamarzem i piórem. Patrząc na pochłaniane przez ciemność pomieszczenie wydawało by się, że jest mało ważne, puste. jednak było to jedno z najważniejszych pomieszczeń dla wampirzycy po za laboratorium. Tu przygotowywała się na wyprawy, odprawiała niektóre rytuały i zaklęcia oraz spoglądała przez lustro. Dante nie miał prawa tam wejść. Pomieszczenie było chronione kilkoma zaklęciami, które wpierw ostrzegały przed wejściem. Jednak później mogły by zabić. Callista była ostrożną kobietą, a wręcz czasem przewrażliwiona na punkcie jej rzeczy. Nie chodzi o sama prywatność ale o skrywane przez nią tajemnice, których nie wyjawia nikomu.
Akurat czerwono włosa kobieta przyszła do pomieszczenia. Odpaliła od starej świecy nową i wstawiła do świecznika rozjaśniając tym samym pomieszczenie. Odpaliła kolejne trzy świece i postawiła w kilku miejscach w pomieszczeniu by było na prawdę jasno. Usiadła przy toaletce. Chuchnęła na szkło i narysowała palcem jakiś znak. Odsunęła się, a na tafli lustra pojawił się obraz. Z początku był rozmazany ale po chwili się wyostrzył i pokazał kilka kobiet rozmawiających ze sobą. Wyglądało to jakby Call widziała je od dołu. Do spoglądania wykorzystała dużą kałużę , która była dość blisko kobiet. Rozmowę słyszała doskonale. Chodziło o zbliżający się sabat czarownic. Przed sabatem chciały odzyskać jedną z zakazanych ksiąg, które posiadał jeden z wampirów. Uśmiechnęła się do siebie. Spojrzała na księgi znajdujące się poniżej czaszki kozy. Miała ich kilkanaście. Zakazane księgi magiczne, które były wielokrotnie splamione krwią. Ona również je splamiła. Pragnęła je zebrać. A teraz oto dowiedziała się, gdzie jest następna. Machnęła dłonią przed lustrem a obraz zniknął.


Gdy­by cza­row­ni­ce miały ser­ca, niebo poczęłoby płakać.


Nie. Ona nigdy nie miała serca. Ona posiada jedynie spaczony umysł. Jej serce dawno zostało wypalone. Spopielone niczym kawałek kartki w ognisku. Żywy ogień szaleństwa, złości i rozpaczy pali się w jej wnętrzu. Nikomu nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego jest właśnie taka. Dla niej to proste. Byłą taka od zawsze. Miała zadanie, którego nie wykonała. Została sprzedana, oddana dla najgorszego zła. Została właśnie po to poczęta. By wszystko niszczyć. Przynajmniej taki plan miała jej rodzina. W sumie pomimo upływu lat, ucieczki od tamtego zła i zmiany celu życia dalej niszczy. I robi to niezwykle chętnie. No ale czego spodziewać się po wariatce. Czarownicy poczętej podczas sabatu czarownic. Kobiety, która chciała stać się wampirzycą, i którą bawi zadawanie śmierci. Ów kobieta właśnie stała przed palącą się wielka rezydencją. Pomimo, iż padał deszcz płomienie wyglądały, jakby były co raz silniejsze. Przemoczone włosy Callisty przyklejały się do jej twarzy. Dłonie miała wyciągnięte na boki niczym na znak krzyża. Rozcapierzyła palce śmiejąc się wniebogłosy zadowolona z tego co robiła. Rezydencja płonęła w mgnieniu oka. Ogień trawił konstrukcję w oszałamiającym tempie. Blask płomieni powodował, że czarownica wyglądała jakby sama świeciła czerwoną łuną. Wyglądała zadziwiająco w przemokniętej, czerwonej sukni z gorsetem, rudymi włosami, czarną peleryną przerzucona przez ramiona oraz otoczona przez czerwoną łunę. W końcu opuściła ręce oddychając ciężko i uśmiechając się szaleńczo. Podeszła do swojego konia, który stał nieopodal. Poklepała go i sprawdziła czy księga na pewno znajduje się w jukach. Gdy uznała, że wszystko jest w porządku ruszyła spowrotem do Graleyn. 



W tym sza­leństwie jest me­toda ,ale w tej me­todzie jest wciąż cho­ler­nie dużo szaleństwa. 


Pozostał jej tylko jeden dzień do Graleyn. Nie śpieszyła się. I tak wiedziała, że mało kto zainteresuje się jej zniknięciem na kilka dni. Zatrzymała się nad brzegiem rzeki aby napoić konia. Usiadła na kamieniu patrząc w ciemność nocy. Uśmiechnęła się delikatnie. Ktoś położył dłoń na jej ramieniu. przymknęła oczy.
- Dlaczego ciągle to robisz. - wyszeptał wysoki mężczyzna stojący zaraz za nią. Długie czarne włosy miał związane w niesforny kucyk. Kilka kosmyków opadało na jego twarz. Był jakby zasmucony.
- Przecież mogłaś tutaj zacząć nowe życie. Mogłaś stać się kimś innym. Kimś lepszym- Ze śmiechem pokręciła głową. Otworzyła oczy.
- Nie mogę się zmienić. Dobrze to wiesz. - powiedziała spokojnie.
- Chcesz zranić ludzi, którzy ci tutaj zdążyli zaufać. - zaśmiała się głośno.
- Jeśli ktokolwiek mi zaufał to zrobił błąd. - odwróciła się patrząc mu w oczy. Wyglądała na rozbawioną.
- Twoja metoda by dojść do celu to szaleństwo. - mruknął cicho jakby jeszcze bardziej zasmucony.
- Wiem. - uśmiechnęła się. Postać zaczęła się rozpływać, aż w końcu zniknęła. - I wiem, że w końcu zginę. - spojrzała w niebo. - Ale czy nie jest śmieszne to, że żyję w mieście wraz z wieloma pogromcami potworów i wampirów, którzy nawet nie wiedzą jak niebezpieczne jest moje szaleństwo i mój pobyt między nimi? Pomimo, iż są dobrymi łowcami to nie wiedzą ilu niewinnych zabiłam ja sama i to dla przyjemności. - pokręciła głową. - Czysta komedia. - powiedziała rozbawiona wstając. Otrzepała suknię i wstała. Poklepała konia po szyi i wsiadła na niego. Założyła kaptur na głowę.
- A najzabawniejsze jest to. - szepnęła. - Że sami tworzą moja tarczę. - Powiedziała sama do siebie i ruszyła do miasta.


Po drodze zatrzymała się w opuszczonym, sporym domu. Tam postanowiła odpocząć i się zdrzemnąć. Po kilku godzinach usłyszała rżenie konia. Podniosła się cicho. Naszykowała swoje sztylety i przyczaiła się. Słyszała dwa męskie głosy, lecz czuła, że jest ich czwórka. Dwóch na dworze i dwóch w budynku. Ona była w piwnicy. Uśmiechnęła się do siebie. Stanęła zaraz za drewnianymi schodami. Ktoś otworzył drzwi do piwnicy. Zaczął schodzić po schodach. Płomienie pochodni powolnie rozświetlały kawałek po kawałku pomieszczenie.
- Gdzieś tutaj musi być. - wychrypiał jeden z mężczyzna. Akurat ten, który schodził jako pierwszy.
- Zamknij się. - syknął drugi. - Mamy tylko znaleźć księgę i przekazać kto ja ma. - szepnął. Kobieta usmiechnęła się do siebie. gdy już byli na odpowiedniej wysokości schodów uniosła delikatnie swoje sztylety. Przez szpary miedzy stopniami podcięła jednemu mięśnie pod kolanami a drugiemu ścięgna Achillesa. Runeli na ziemię niczym kłody. Pochodnia upadła obok nich. Dziewczyna pojawiła się obok. kucnęła przy nich uśmiechając się.
- Niestety nic nikomu nie przekażecie. - powiedziała z uśmiechem. Wbiła w ich serca sztylety i przekręciła. jej oczy błyszczały szaleństwem. Wstała i kilkoma krokami przebyła schody by po chwili obronić się przed mieczem. Jeden z dwóch pozostałych mężczyzn chciał ją zaskoczyć przy wyjściu z piwnicy. odepchnęła z łatwością miecz. Z łokcia uderzyła go w szczękę łamiąc ją. Zanim upadł poderżnęła mu gardło. Przykucnęła zaraz po tym a miecz ostatniego mężczyzny utkwił we framudze drzwi. Spojrzał na nią przerażony. Uśmiechnęła się ukazując kły. Skrzyżowała przed sobą ręce i szybkim ruchem rozcięła mu sztyletami brzuch. Biedak złapał się za ranę próbując powstrzymać uciekanie własnych jelit. Po chwili padł martwy na podłodze. Callista wstała i wyprostowała się zadowolona. Zeszła na dół do swoich rzeczy. Poczekała do zmroku zastanawiając się nad czymś. Gdy słońce zaszło wróciła do Graleyn. Płaszcz ukrywał splamioną krwią suknię.

Zas­ta­nawia Cię sposób, w ja­ki ten ka­mień pom­pu­je moją krew...?

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wilk


-Zostaw... -mruknęła cicho, jakby zwracała się do niego.
Dariel zmarszczył brwi. To było pierwsze słowa driady, jakie wymówiła odkąd elf znalazł ją. Nie wiedział nawet, że ta potrafi mówić w ich języku.
-Siedemnaście stóp pod ziemią, tkwi, czeka, zamyka powieki i roni łzy. Czeka...
Nagle jej oczy otworzyły się. Wstała i bezwładnym krokiem otworzyła szafkę. Sięgnęła po sztylet.
-Hebrinn! -krzyknął Dariel, rzucając się, by wyrwać jej sztylet. -Nie dotykaj go!
Driada chwyciła sztylet, celując nim sobie w pierś. Diamentowe ostrze błysnęło w świetle ksieżyca.Elf złapał je, przecinając sobie dłoń. Cisnął sztyletem w kąt, łapiąc pokrwawionymi rękoma driadę.
-Hebrinn! Obudź się!
Oczy driady błysnęły i mrugnęła kilkukrotnie .
-Dairel... Hesgte maderee. - powiedziała, tak trzeźwo jak nigdy.
-Nie rozumiem -szepnął zdyszany. Driada patrzyła na jego dłoń. Płynęła z niej krew. Powiedziała mu, że krwawi...
-Wiem, Hebr. Wiem... -szepnął, zawijając ranę w płótno.

* * *

"Siedemnaście stóp pod ziemią, tkwi, czeka, zamyka powieki i roni łzy." chodziło mu nadal po głowie, "czeka.". Kto? Gdzie? I na co czeka? Brzmiało to jak pzepowiednia. Driada zachowywała się coraz dziwniej. Chodziła spać na dworzu, przy drzewie, nie chciała już spać przy nim. Wcześniej sama wskakiwała na łoże i układała się, opowiadając coś w swoim języku.
Nocą elf wyszedł z izby.
-Hebrinn, nie śpij tam. Jest zimno... -mruknął, przecierając oczy.
-Tu! -rzuciła driada, pokazując na miejsce, w którym leżała i nagle uciekła do lasu.
-Heb.. A z resztą... Baba.. -mruknął.
"Tu" odbiło się echem po jego głowie. Chwycił łopatę i zaczął kopać.
Gdy skończył, panował już półmrok. Zmęczony i śpiący, wbił łopatę w ziemię. Coś brzdęknęło, jakby uderzył w szkło. Odpoczął chwilę i kopał dalej. Po pewnym czasie jego oczom ukazała się szklana płyta. Więcej! Szklana trumna z metalowymi obiciami.
Elf wyciągnął znalezisko z ziemi. Uderzył mocno łopatą w wieko, gdy jego uszy wypełniło wycie. Tęskne, głośne, wycie. Szkło pękło, uwalniając z wnętrza trumny smugi światła. Z rozsuwających się odłamków szkła, wyłonił się czarny wilk.
Wyprężył grzbiet i zmierzył Dariela. Nie kłapnął pyskiem,ale wydał z siebie dzwięk, przypominający bardziej słowo.
-Therk.
Uszy elfa znów wypełnił hałas, a świat zaszedł czernią.

* * *

-Dariel! Dariel! Mehste! Confraa nete! -krzyczała driada, szarpiąc nieprzytomnego elfa.
Wołała aby się obudził. Ale ten nadal się nie ruszał. Hebrinn złożyła na nim dłonie i szepnęła coś. Dariel drgnął lekko, a tym razem driada padła, przekazując całe swoje siły.
-Na bogów... -mruknął- gdzie ja byłem...?
Spojrzał na swoje dłonie. Były dziwne. Miały ziemisty kolor i miękką skórę. Twarz porastał twady, kilkudniowy zarost, a włosy były lekko dłuższe. Teraz zorientował się co się dzieje z Hebr.
Ciało driady, nieruchome,leżało na boku. Oczy miała załzawione i lekko uchylone. Bezwładnie tkwiła na ziemi,nadal patrząc na efa. Na dłoniach miała ślady spalenizny.
Hebrinn leżała martwa.


Pochował ją w szklanej trumnie. Siedemnaście stóp pod ziemią. Teraz będzie tam tkwiła i czekała. Z załzawionymi oczami. Czekała, aż Dariel się zbudzi.

* * *

Zmęczony poprzednim wieczorem, zasnął, czując napływające łzy. Obudził się parę godzin później. Coś niemiłosiernie piekło go. Otworzył oczy, wlepiając wzrok w skórę dłoni. Była bardziej szara niż zwykle. Wydawało mu się, że jeszcze coś było nie tak. Wstał i podszedł do lustra.
Twarz porastał niby zarost, przypominający bardziej sierść i tylko w miejscach normalnej brody. Zęby zaostrzyły się, ale nie tylko kły, jak u wampira- cały zgryz. Źrenice zajmowały większość tęczówki, aż jego oczy wydawały się czarne. Dobiegały go dzwięki ulicy, mimo, że miasto było oddalone parenaście kilometrów stąd.
-Co do licha.. -mruknął. Nawet głos miał twardszy.

* * *

Imię: Dariel
Ród: Sephrin
Płeć: mężczyzna
Wiek: 139 lat, wygląda na 20.
Rasa: Elf, porażony dziwnym czarem, nadającym mu wilcze cechy.
Profesja: hodowca koni
Pochodzenie: Krainy Lodu
Miejsce zamieszknia: Chata i mała stajnia na skraju lasu.

Wygląd: Dariel bardziej jak elfa  przypomina człowieka o niezdrowym, blado- szarym odcieniu skóry, ciemnych jak wiejskie studnie oczach i lekko sterczących uszach. Po przemianie przychodzą mu wilcze cechy. Nosi się często na czarno, mając przy tym zawsze swoje sztylety z diamentowymi ostrzami i czasami łuk z kołczanem. Na twarz opadają mu ciemne włosy, które sięgają za ramiona. Jest bardzo szczupły, jednocześnie lekko umięśniony. Mierzy 189cm. Porusza się  konno, czasem biega po lesie, polując na sarny czy dziki.

Handuje magicznymi końmi oraz kilkoma zwykłymi. Mieszka przy rzece, tuż na skraju lasu, w wysokiej, kamiennej chacie, solidnie zbudowanej przez elfa.

(Lubię spontany. Masz pomysł? Pisz, dostosuję się jak tylko będę mógł.)

Honor ponad krew. Krew ponad hańbę.



„Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić.
Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć.
Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.”
                                                       ~Albert Camus.
Gdy pytają kim jestem, odpowiadam, że nie wiem.  Próbuję wytłumaczyć, że nazwisko, które noszę jest mi obce, wstydzę się go.  Nie przedstawiam się też prawdziwym imieniem, bo po co ? Co mi to da?
Różnie na mnie mówią, większości imion nie pamiętam.  I choć nazywam się Michaił Dominik Kahret, i przybyłem do Graleyn by odpocząć od całego świata,  proszę mówić mi Kaien.
 
Imiona: Michaił Dominik
Nazwisko: Kahret
Przezwisko: Kaien
Wiek: 28 lat
Pochodzenie: Bułgaria
Rasa:  Półdemon. Ojciec  Abbadon, matką śmiertelniczka zainteresowana magią.
Płeć: Mężczyzna.
Orientacja: Biseksualny.
Gdy jeszcze mieszkał w Bułgarii z rodziną był brany za tego najrozsądniejszego, rozważnego, odpowiedzialnego i mądrego. Nigdy nie pchał się bójek, za to często wyciągał z nich swojego młodszego brata, Ceraphine’a, którego nienawidził pewnie równie mocno jak ich młodsza siostra Jacqueline. Z tego co wie, obydwoje nie żyją, choć ciała siostrzyczki nigdy nie znalazł. Ma jeszcze jednego brata, Arakiela, młodszego od niego o zaledwie trzy lata. Uciekł jednak z domu i od tego czasu słuch po nim zaginął.



Niemal całkowicie pozbył się swojego akcentu by ludzie nie byli w stanie powiązać go z jakimkolwiek krajem.
Gdy matka umarła zajął się rodziną, gdyż ojciec miał ich głęboko gdzieś. Jednak gdy pewnego dnia jego siostra została porwana a miesiąc później znalazł swojego brata  i jego przyjaciół martwych zrozumiał, że już pewnie nigdy nie zobaczy siostry. Wyjechał więc z Bułgarii dbając o to, by wszyscy zapomnieli o nazwisku Kahret.  Bowiem hańba jaka ciąży na tym rodzie niestety jest niemal nie do zniesienia dla niego, który honor i godność ceni sobie niemal ponad wszystko.

Zawsze podchodził do wszystkiego z dystansem, nawet jego wygląd nie wzbudzał strachu. Dłuższe, piaskowe włosy i bursztynowe oczy schowane za okularami, których tak naprawdę nie musi nosić, ale robi to by wyglądać na oczytanego.
Niechaj jednak nie zmylą was pozory.  Jest on świetnym szermierzem, najbardziej kocha walczyć mieczem samurajskim, jednak w wysokich butach trzyma sztylety. To on nakazał kiedyś swojej siostrze to robić i miał poczucie winy kiedy zrozumiał, że powinien zrobić więcej. Powinien nauczyć ją walczyć.

 Jednak było na to już za późno a on jakimś cudem się z tym pogodził.



Kaien oprócz ostrzy potrafi też bardzo dobrze władać żywiołem ognia, dlatego też bardzo często mylą go z żywiołkiem, a on ma czelność ich nie poprawiać. Uważa, że to pomaga mu zamaskować swoje pochodzenie.
Nie jest on raczej duszą towarzystwa, choć nie siedzi też w kącie zamknięty we własnym świecie. Stawia raczej po prostu na ciszę i samotność.

Zwykle chodzi ubrany w długi, kremowo brązowy płaszcz. Do tego spodnie i koszule. Nawet do walki nie zakłada zbroi, gdyż uważa ją za zbędny balast. Prawdziwy wojownik umie walczyć bez ochrony ciała.  Do tego nosi wysokie buty, w których trzyma ostrza, jednak nigdy nie opanował walki nimi tak dobrze jak samurajskim mieczem.
 


Włosy nosi zwykle spięte, jednak można czasem zobaczyć go w rozpuszczonych i bez okularów. Jest wtedy zupełnie innym człowiekiem, seksownym półdemonem.



Jego największym marzeniem jest znalezienie ciała siostry i zorganizowanie jej pogrzebu na ziemiach Bułgarii oraz pojednanie się z ojcem, którego nie widział  od śmierci jego rodzeństwa i w sumie nie wie gdzie on jest.
Nie lubi on kłamstwa i oszustwa, niekulturalnego zachowania i wulgarnego języka. Lubi gdy zarówno kobiety  jak i mężczyźni noszą się godnie.  
Podobnie jak jego młodsza siostra ma uczulenie na truskawki i kocha pić wino, choć oczywiście nie wie o jej zamiłowaniu do alkoholu, gdyż myśli, że jest martwa.

  Do Graleyn przybył by odpocząć i zapomnieć o wszystkim wśród podobnych sobie. Nie wie, że czeka go tu spotkanie oko w oko z przeszłością.