Wiek: 20 lat
Rasa: Człowiek
Profesja: Szkolili ją na balwierza, cyrulika… Ludziom miała
pomagać. Jak jednak dopuścić ją do człowieczego ciała, skoro ciągoty do
mrocznych rytuałów ją cechują?
Pochodzenie: Niewielka
wioska, blisko dziesięć mil, na zachód od Graleyn. Spowite zabobonami,
podłe dla tak niezwykłej osoby jak ona miejsce, kobieta nazywa Wspólnotą.
Żywot blondwłosej młódki zmienił się pół dekady temu. Wtedy właśnie
odkryto, że jest wiedźmą, czarownicą. W objęciach kostuchy spoczęła jedyna podpora
Salvii – jej ojciec.
Udało jeszcze jej się porwać z domostwa coś co uczyniło ją inną,
niezwykłą, czy po prostu dziwną, jak zwykło napominać otaczające ją
społeczeństwo – magiczny wisior, który pokochała od razu. Wtedy właśnie zaopiekowała się nią siostra matki, która nijak nie
potrafiła zrozumieć opętanej żądzą czerpania z życia wszystkiego co najlepsze
nastolatki. To ona właśnie uwidziała sobie, że najlepszym dla niej będzie, jeśli
zdobędzie wykształcenie w dziedzinie, którą szczycił się jej mąż – był najlepszym
znachorem w okolicy.
Opętana przez nieumiejętne posługiwanie się przedmiotem, posiadającym
wielką moc dziewczynka zaczęła mówić przez sen, chodziła w nocy, przy księżycu, czasem nawet
jej ciało zdawało się unosić nad siennikiem, gdy spoczywać winna w czułych,
ciepłych objęciach Morfeusza. Kobiety w wiosce plotkowały, bały się Salvii, która nie miała pojęcia
co się z nią dzieje. Uznano, że jak zacznie spać z mężczyzną może wyzdrowieje,
poczuje się lepiej – przestanie być taka dziwna. Dlatego też w niedługim czasie
stanęła na ślubnym kobiercu z mężczyzną imieniem Inferian – ten, gdy był młodszy spadł z wozu i strasznie
się poturbował. Cudem przeżył – tamten upadek jednak osłabił jego zdolności
intelektualne, dramatycznie obniżył inteligencję – był po prostu głupi. Do tego
kulawy. Nawet i on jednak miał uczucia – był przerażony tak jak i ona, gdy
spoczęła z nim na łóżku w noc poślubną. Była jednak tak zmęczona, że zasnęła.
Nie obudziła się, gdy zaczął wrzeszczeć. Ani wtedy, gdy do ich sypialni
wtargnęła cała wioska, a nawet najbardziej w niej ceniony kapłan – Konisz.
Odmawiał modlitwy i próbował skłonić ją, by opadła ponownie na swe posłanie. Nic
z tego nie wyszło – wyimaginowany Bóg nie mógł równać się z mocą spoczywającego
w szufladzie szafki nocnej wisiora, który jak się okazało – opętał blondynkę,
już w czasie, w którym wyjęła go z ojcowskiej szkatuły.
Opadła dopiero, gdy chluśnięto na nią lodowatą wodą z wiadra.
Była przerażona, nie miała pojęcia skąd w okół niej wzięli się ci
wszyscy ludzie – to był jednak dopiero początek najgorszego…
Zafundowano jej egzorcyzmy. Topili w korycie, żeby zło z niej uleciało.
Okręcali jej głowę workami i zostawiali na noc przywiązaną do drzewa żeby
diabeł ją zabrał jeśli zechce… Lecz nawet on nie chciał.
Golono jej głowę – wszak demony mieszkają we włosach. Musiała
pokutować, godzinami klęczeć i odmawiać modlitwy, by złe duchy opuściły jej
ciało. Poddawano ją odrażającym rytuałom – wdychała dym ze świętego ogniska,
wykonywała najgorszą robotę (praca uszlachetnia). Demony jednak nie chciały jej
opuścić. Ludzie pluli na jej widok, dzieci uciekały, rzucały błotem i
kamieniami. Własny mąż nigdy jej nie tknął – nawet przez przypadek.
Pewnej nocy, sfrustrowana, przerażona, zdziczała już kobieta została
dłużej na polu udając, że zgubiła gdzieś swoją chustkę – wtedy uciekła.
Przeżyła tylko dzięki obdarzonego mocą wisiorowi – szybko nauczyła się
go wykorzystywać w walce, okazało się, że dzięki niemu potrafi wytwarzać swego
rodzaju iluzje. Przedmiot ten potrafi wiele więcej – Salvia nie raz jest
zaskoczona tym co robi, bywa niebezpieczny, nawet dla niej samej…
To on jest demonem, który ją opętał, bez niego jednak, zginęłaby już
pierwszego dnia poza Wspólnotą.
W Graleyn widywał ją już wielokrotnie. zdaje się, że mieszkała w miasteczku już conajmniej dobry miesiąc... Lub coś koło tego. Dokładnie nie wiedział. Miał za to bardzo dobrą pamięć do twarzy, do ludzi.
OdpowiedzUsuńSzczególnie do tych, wokół których pojawiał się czasem dziwaczny, niepokojący błękitny blask. Nie to, żeby sama w sobie zapadła mu w pamięć. W jego głowie było specjalne miejsce na pamiętanie o ładnych, blondwłosych, młodych kobietach... Ale to już inna sprawa. Kompletnie inna i na chwilę obecną nieważna.
Najważniejsze jednak było, że zauważył charakterystyczny, dziwaczny , błękitny błysk w jednej z bocznych uliczek dzielnicy biedoty. Czemu najdziwniejsze rzeczy zauważał w zawsze w tych stronach? Czemu zawsze, gdy zapuścił się w te zaułki musiał trafiać na gadające, kuliste pioruny, szalonych nefilimów i irytujące byłe? No tak. Bo tu przebywał najczęściej, a dziwne błyski i gadające pioruny nie były w Graleyn niczym dziwnym. Były tylko ciekawe. Już dawno przestał się ich bać.
Teraz też był ciekawy. Ruszył w kierunku zaułka skąd dobiegało go błękitne światło. Wkrótce też usłyszał jakiś dźwięk. Jakby głos. Rozmowa z kimś? Albo samym sobą? Cholera wie.
Bezszelestnie poszedł w tamtą stronę. Wychylił się lekko za muru.
W pierwszej chwili jej nie poznał. Może i miał dobrą pamięć, ale stare szare komórki nie działały już tak dobrze jak kiedyś. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Różne rzeczy sobie wmawiał, tak już miał. Zresztą... już wiele lat temu okrzyknięto go wariatem. Zdaje się, że pierwszy raz w przykościelnej szkole jak miał kilkanaście lat. Przez następne pięćdziesiąt powtórzyło się to wielokrotnie. Zdążył się przyzwyczaić i zacząć to ignorować.
OdpowiedzUsuńOparł się ciężko o mur i przyglądał się kobiecie. Mimowolnie uniósł brew, chociaż nawet nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Z zapewne niezwykle interesującej konwersacji ze ścianą ni w ząb nic nie rozumiał. Przez chwilę wydawało mu się, że kobieta mówi coś o marchewce, ale musiał chyba źle zrozumieć. Widocznie mu się zdawało.
- Panienko? - zapytał niepewnie. Jakoś specjalnie nie spodziewał się odpowiedzi.
A nóż?
W pierwszym odruchu chciał ją podtrzymać, żeby nie upadła (to ci bestia-dżentelnem, pomyślałby kto?0. W nagłym napływie geniuszu pomyślał jednak, że w samotnej, zagubionej, wystraszonej i otumanionej wyjściem z transu kobiecie rzucający się na nią mężczyzna, nawet w celu pomocy, mógłby wzbudzić jedynie strach. Tak jakoś nagle sobie uświadomił. Chyba czasem myślał. Ale rzadko. Poza tym, przyznać trzeba, że nie uśmiechało mu się wcale podchodzić do kogoś, kto w jego mniemaniu mógł być opętany. Słowo "demon" kojarzyło mu się prawie tak źle jak słowo "podatki", czyli w jego osobistej hierarchii Rzeczy Strasznych urastało do kategorii największego zła. Zresztą, jak myśleć miał człowiek, którego wspomnienia z ludzkiego życia w większości przysłonięte było aurą bólu ostatnich miesięcy, kiedy złośliwa czarownica postanowiła nasłać nań najprawdziwszego demona, który zmienił jego życie w koszmar? To może niesprawiedliwe wobec biednej dziewczyny, ale miał prawo chyba być ostrożny.
OdpowiedzUsuńMoże była tylko czarownicą i wariatką, jednak Wynn lubił przyjmować co czarniejsze scenariusze. Wszak świat był wredny i złośliwy, czemu miałby staremu nie chcieć dopiec?
Te wszystkie, zdziebko bezsensowne rozmyślania zajęły mu ledwie sekundkę, chwileczkę w ciągu której ona orientowała się gdzie jest i że nie jest sama. Pozwolił jej się wystraszyć, uspokoić i zadać pytanie. Cierpliwie czekał. Cierpliwości miał aż nadto, ale tylko czasami. Jak akurat miał humor. Dzisiaj miał humor. Głównie dlatego, że dwa zaułki dalej leżały dwa nie do końca ostygłe ciała.
- Wynn jestem. Spokojnie, nic Ci nie zrobię. - uniósł ręce, by pokazać, ze nie celuje w nią żadnym nożem, tasakiem, sztyletem czy innym badziewiem. Nie miał ze sobą broni. Bo i po co mu?
- Chyba lunatykowałaś. - wytłumaczył lakonicznie - Gdzie mieszkasz?
Przyjrzał się jej najdyskretniej jak umiał. Wszak była tylko w podomce.
Błękitny blask znikł. Wyglądała normalnie, jakby nigdy nie działa się ta dziwaczna sytuacja.
Chcąc ją nieudolnie uspokoić cofnął się o krok. No cóż, ludzi to on straszyć umiał, gorzej z uspakajaniem. Znacznie gorzej. Ale czasem chciał być w porządku do świata i nachodziła go nagła chęć zachowania się porządnie. Zresztą, raczej żył w przyjaźni z większością nieludzi. Z małymi wyjątkami. Wszak życie byłoby nudne bez wrogów.
OdpowiedzUsuńNie spodziewał się, aby wyczuła kim jest, chociaż brał pod uwagę i taką możliwość. Wszak niebieski błysk wystarczająco mocno dał mu do zrozumienia, że może spodziewać się wszystkiego i powinien być ostrożny.
Nie dziwił się temu, że kojarzy jego imię. W Podziemiu nie było to nic niezwykłego. Któż nie znał starego Wonsa?
Nie podejrzewał, by mogła o nim słyszeć od Heshtje. Chociaż, nie tylko ona mogła wypowiedzieć się o nim negatywnie. Ale jakoś gdy uświadomiła sobie, że owy nieznajomy nosi imię "Wynn" to nie spanikowała, więc nie było aż tak źle.
Słysząc jej stwierdzenie skinął powoli głową. Cóż, że lunatykowała to zauważył. Ale czemu? I te błękitne światło... Nie zapytał jednak.
- Nie chcę nic mówić, ale jesteśmy pod samymi murami miasta, w Dzielnicy Wschodniej. Na pewno obydwoje wolimy tutaj nie zostawać.
(Tak odpiszę, bo mi się okno nie chce pokazać >.< Wątek chętnie, ale może nowy, bo już nie pamiętam co było ostatnio :))
UsuńCharon
- Odprowadzę Cię. - westchnął, na wpół świadomie dając jej do zrozumienia, że wcale mu się to nie uśmiecha, że najchętniej by stąd czmychnął. Nie zostawiłby jednak jej samej. Czasami te nieopanowane pokłady dobroci go aż irytowały. No, ale cóż zrobić? Nieludzi się nie jada (z małymi wyjątkami) to i żal byłoby zostawić panienkę, a żeby włóczyła się sama po slumsach, wpadła przez sen do rzeki, została zgwałcona, zabita, zeżarta, albo jeszcze co. Po co to komu? Wynn - paladyn, co za dziwy... Rewan widząc go w tym zaułku zapewne parsknąłby śmiechem.
OdpowiedzUsuńPuścił dziewczynę przed sobą, przez jakiś czas idąc w milczeniu za jej plecami. Że straszno? Że stresujący taki spacerek z nieznajomym, który mógł wbić Ci nóż w plecy? Trudno. Jej problem. Nie chciał jej nic zrobić.
Wystraszyć? A czemu nie? Gorzej tylko, że wystraszonej mógłby zachcieć coś zrobić. Ale nie zachciał.
Chwilę szli w milczeniu, wampir się nie odzywał patrząc jedynie na jej plecy. Miała tak przyjemny zapach... "Eh. Nieludzi się nie rusza" - zaczął przedrzeźniać w myślach sam siebie. Sam siebie zaczął irytować. Czyżby przejawiał skłonności do poprawności politycznej? Dobijające.
- Kim jesteś? - zapytał cicho, jednak w pewien twardy, niepokojący sposób. Właściwie była to tylko ciekawość, niezdrowe zainteresowanie. - Widziałem niebieskie światło. - Dodał, dając jej do zrozumienia, że nie pyta o imię i nazwisko. To była tylko grzeczniejsza forma pytania "czym jesteś?".
Znów długa chwila milczenia. Ciągnąca się w nieskończoność. Chwila na odpowiedź i bezsensowne dumania.
- Oberża... Smok? Czy Elhyr? - zapytał już całkiem normalnym, radosnym wręcz tonem.
Kiedy usłyszał jej odpowiedź skinął głową i ruszył w kierunku wskazanego miejsca, tym razem ją wyprzedzając.
Lubił przechadzać się nad jeziorem. Głównie dlatego, że spotkanie tam kogokolwiek graniczyło z cudem. Poza tym całkiem niedaleko wybudował swój nowy dom, który miał nadzieję dzielić wraz z najcudowniejszą kobietą jaką kiedykolwiek poznał. Która powoli leczyła go z koszmarów przeszłości...
OdpowiedzUsuńTym razem jednak nie dane mu było zaznać tak ulubionej przez niego odrobiny samotności.
Mimowolnie westchnął ciężko widząc blondynkę, która całkiem niedawno wpakowała ich w niezłe kłopoty. Spalone niemal na węgiel ramię, mimo jego przyspieszonego gojenia ran nadal nieźle dokuczało. Z walką mógł się jeszcze pożegnać na jakiś czas.
Stanął nad nią, a błyszczące czerwienią oczy odbiły się w ciemnej tafli jeziora.
- Witaj. Poznajesz mnie? To ja, twój koszmar. - Powiedział, nie szczędząc mimo wszystko sarkazmu. Nie mógł powiedzieć, że bardzo ucieszył się na jej widok. W końcu przecież mało nie stracił przez nią ręki.
Charon
Widząc jej zmieszanie wspomnieniem o błyskach, zaśmiał się cicho.
OdpowiedzUsuń- Tak, oczywiście teraz prowadzę Cię prosto do kościoła, by rzucić Cię w paskudne szpony wielebnego. – mruknął z pewnym rozbawieniem. – Spokojnie, jesteśmy z tej samej parafii. Wąpierz plugawy. Przedstawiałem się już tak właściwie? Nie zeżrę Cię, się nie bój. – mówił wesoło, jakby trochę do niej, trochę do siebie. Ręce miał schowane w kieszeniach, kapelusz naciągnięty trochę na oczy. Kompletny luz.
- A imię jakieś masz, lunatyczko? – zapytał, prowadząc ją kolejnymi zaułkami. Graleyn nocą naprawdę nie przedstawiało się zachęcająco. Jedynie trochę miej śmierdziało, ale w każdym kącie jakby czaiła się bestia gotowa zeżreć samotnego włóczęgę, każdy cień wydawał się niepokojący, a każdy zaułek pełen pijanych wariatów. Graleyn nigdy nie było pięknym, czystym ani bezpiecznym miejscem i zdaje się, że nigdy też takie nie będzie.
[Szczerze mówiąc to średnio.. moja wena dopiero przyszła i muszę się znią oswoić, ale jeśli ty masz to wal, ja się odnajdę ;)]
OdpowiedzUsuńSiedziała w Karczmie. Nagle drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i do środka weszła Kobieta o blond włosach. Dilexi przyglądała się Jej dłuższą chwilkę. Gdy i tamta spojrzała na Nią, uśmiechnęła się tylko nikle i gestem wskazała puste miejsce przy swym stole. Tego dnia Elhyr było nadzwyczaj pusto, więc miło będzie z kimś porozmawiać.
OdpowiedzUsuń( Poobrażam się na ciebie ;p. Obiecałaś mi nowy wątek już nawet na onecie ...)
OdpowiedzUsuń