Ostatnimi
czasy po targu krążyła jedna, niepokojąca plotka – „W jednej z jaskiń żyje duch”.
„Niebezpieczny duch!”, „Kto raz wszedł do tejże jaskini, już nigdy
z niej nie wyszedł!”.
Nie
brakowało śmiałków, którzy sprawdzić chcieli prawdziwość tejże plotki. Wielu z
nich przekroczyło progi ciemnej, mrocznej wręcz jaskini, po czym… brali nogi za
pas i opowiadali innym o tym, jak to przeżyli spotkanie pierwszego stopnia z
niesamowicie przerażającym duchem.
Tak oto
narodziła się legenda Gornevesa Jacca.
| by St-Boomer |
Gorneves Jacca jest duchem
zamieszkującym jedną z jaskiń górskiego masywu Graleyn. Śmiałkowie mówią, iż
jest to duch Jack’a, pewnego młodzieńca, którego kiedyś spalono na stosie za
praktykowanie magii. Jacca mści się
teraz na wszystkich swoich prześladowcach za wszelkie wyrządzone mu krzywdy za
życia.
Ale jaka
jest prawda?
Gorneves jest duchem
zamieszkującym jaskinię, to prawda. Nie jest jednak jakoś specjalnie groźny.
Jak na pozostałość po młodzieńcu przystało, jest tchórzliwy, trochę przygłupi i
niedoświadczony, choć kroczy po tym świecie już dobre kilkadziesiąt lat. Nie
opuszcza jednak zbyt często swojej jaskini i boi się spotkań z innymi istotami,
przez co skutecznie się przed nimi broni. Jak? Rozpuszczając plotki i odstraszając
wszelkich ludzi i nieludzi, by Ci nie wkroczyli do jego jaskini.
„To jest moja jaskinia, nędzna
istoto! Bądź przeklęty, jeśli postawisz tutaj chociażby palec u stopy!”
Tyle zwykle
wystarcza, aby odpędzić od siebie nędznego śmiertelnika.
Duch…
Chociaż nie, on sam właściwie nie wie, czym jest. Wie tylko, że jego żywot nie
jest taki jak innych ludzi. Wszyscy uważają go za ducha, tak więc i innym mówi,
że tą istotą jest. Jednak kilka aspektów nie przemawia za jego przynależnością
do tejże „rasy”. Można go przecież dotknąć. Można go uderzyć, przytulić,
pogłaskać nawet… A i jeszcze ta kontrola nad przepływem powietrza…! No, co
prawda w ogóle nie potrafi używać tej zdolności, ale wie, że ją posiada. A
skąd? A bo uaktywnia się ona tylko w przypadku silniejszych emocji, takich jak
złość, gniew. W innym wypadku nie potrafi jej wywołać, a i tak nawet nie umie
nad nią zapanować. Ot, wiatr niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze, a
gdy emocje Gornevesa opadają, tak i
pojedyncze podmuchy ustępują.
Niby unosi
się w powietrzu, ale tylko na niewielkie odległości, gdyż bardzo szybko go to
męczy.
Dość głupia
to istota, choć sam tak nie uważa. Sądzi albowiem, iż to wszystko wina jego
dziecinnej naiwności. Główka jego pełna jest myśli, iż każde stworzenie ma w
sobie coś dobrego. Uosobienie młodzieńczego ducha – nie potrafi zbyt długo
usiedzieć w jednym miejscu, chyba że wysłuchuje czyjejś opowieści. Uwielbia
wsłuchiwać się w różnorakie historie, czy to śpiewane, czy to opowiadane przez
wędrowców przy ognisku.
Od czasu do
czasu odwiedza miasto Graleyn, ale w jakim celu…? W końcu pożywienia nie potrzebuje,
w miarę wygodnego miejsca do snu również… Wszystkim, którzy kiedykolwiek
zapytali o cel jego wizyt, odpowiada: „Szukam czegoś”. Ale czego? Tego nie wie
nawet on sam. Gdzie to znaleźć? To jest jeszcze większa zagadka. Coś po prostu
ciągnie go do tego miasta, a on nie może oprzeć się tej tajemniczej sile.
Czasem wstępuje do Karczmy Elhyr w centrum miasta oraz przechadza się między
stoiskami na targu w Dzielnicy Handlowej, przyglądając się gwarowi życia
różnorakich istot. Nie, nie odezwie się do żadnej z nich. Nie jest na tyle
odważny, żeby pierwszemu zacząć jakąkolwiek konwersację. Można to nazwać
nieśmiałością…? Cóż, może.
| by Dinmoney |
Stara się
na wszelkie możliwe sposoby podtrzymać swoją legendę, aby trzymać wszystkich z
dala od swojego domu. Jednocześnie stara się dowiedzieć czegoś więcej o swoim
pochodzeniu oraz o tym, czym tak właściwie jest.
Jak
wygląda? Jego aparycję porównać można do jednego wielkiego cienia, uformowanego
w coś na kształt istoty ludzkiej. Ma ręce, nogi, głowę, włosy… Można w jego
wyglądzie wyróżnić te wszystkie części ciała. Najczęściej spowija go ogromna
warstwa ciemnego dymu, przypominająca raczej niesamowicie gęstą, czarną mgłę.
Wyróżnić można w jego wyglądzie również białe, odbijające się w mroku tejże
postaci oczy oraz usta, najczęściej wykrzywione w coś na kształt uśmiechu. Gdy
wychodzi ze swej jaskini, najczęściej narzuca na siebie płaszcz znaleziony
kiedyś tuż przy wejściu do swojego lokum, zrobiony z kilkunastu różnych
materiałów, zszytych po prostu ze sobą (uznał, iż musiało być to czymś na kształt ofiary), zakłada kaptur oraz maskę, którą znalazł przechadzając się po
okolicznych lasach.
„Co kryję pod kapturem? A pod kapturem kryję
włosy niczym czarne kruki, które są jedynym świadkiem mej śmierci, jedynym mym
przyjacielem i jedynym dowodem na to, iż kiedyś naprawdę żyłem”.
| by St-Boomer |
[Witam wszystkich bardzo serdecznie. *^* Mam nadzieję, iż Gorneves jest jako tako udaną postacią... Dawno już się nie bawiłam w blogi grupowe. Tego bloga miałam na oku już od czasów onetu, ale ciągle coś mnie powstrzymywało od zapisania się. ._. Dobsz. Ufam, iż mnie nie pogryziecie, więc oddaję się w wasze ręce i... zapraszam do wątków, o.]
[ Witam, witam. Mam nadzieję, że Jacca jest na tyle "nieduchem", że ten wątek może dojść do skutku, bo Wynn duchów właściwie na ogół nie widzi...]
OdpowiedzUsuńSzedł przez las. Ktoś, kto obserwowałby go z ukrycia, mógłby powiedzieć, że to łowca albo myśliwy. Nie miał żadnych bagaży, więc nie był zbłąkanym podróżnikiem. Miał za to łuk i to zapewne przesądziłoby o jego domniemanym zawodzie. Nie był jednak myśliwym. Łowcą? Już prędzej, ale nie takim jak myślisz. Takim, któremu nie jest do niczego potrzebny łuk. Łuk niósł ze sobą, bo lubił strzelać. Nauczył się jako młody chłopak, gdy ciężko było przeżyć, nie potrafiąc kłusować, a nie dawno udało mu się kupić nowy, to i czasem brał go ze sobą. Nie strzelał do zwierząt, częściej do drzew. Zwierzaków żal mu było. Łażenie po lesie, wspinanie się na niewysokie góry i siedzenie na szumiących uspokajająco polanach było czasami całymi nocami jego jedynym zajęciem. Absolutnie bezsensownym, ale przez to nie mniej interesującym.
Tym razem zaszedł za daleko. Wspiął się na jeden pagórek, na drugi, na trzeci… I gdy się rozglądał wszędzie w ciemności wokół niego były tylko szczyty. Szedł od zmroku, więc zrobił już kilka dobrych kilometrów, mimo tego, ze ciągle się zatrzymywał.
I wpakował się w dolinę, którą widział pierwszy raz w życiu. I kompletnie nie wiedział gdzie iść. I wcale go to nie bawiło.
Do tego za niecałe dwie godziny miało świtać. Musiał znaleźć tutaj kryjówkę, nie było najmniejszych szans na dojście w tym czasie do miasta. Zarzucił mocniej kołczan na ramie i zaczął wspinać się ścieżką, którą pewnie zazwyczaj chodziły zwierzęta po stromym, skalnym wejściu. Jakby na zawołanie, w zasięgu jego kociego wzroku pojawiło się wejście do jaskini. Nawet nie podejrzewał, aby miało być to miejsce, którym mamki straszą nieposłuszne dzieci. Nie bał się wszak duchów. Przecież duch nie mógł mu nic zrobić… Przynajmniej taki zwykły duch. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Pochylony wszedł do jaskini i rozejrzał się po jej wnętrzu...
[ Och, jak miło, że ktoś w końcu przywitał :3.
OdpowiedzUsuńPomysłów zapewne kilka się znajdzie, jak to w mojej głowie czasem bywa :). Błagam, krzycz, bij i wal w drzwi jak coś będzie nie tak!]
Zaczęło padać.
Aimtres, mimo iż od dłuższego czasu za każdym razem gdy padał deszcz, zazwyczaj nie miał dachu nad głową, to jednak nadal nie przywykł do tych okropnych, zimnych i małych kropelek wody, spadających z nieba na jego delikatną skórę i jego stare, zniszczone ubranie.
Powodowało to u niego niewyobrażalne dreszcze i szczękanie z zimna zębami.
Aim więc zaczął szukać schronienia przed owym zjawiskiem atmosferycznym, mając nadzieje iż nie zacznie grzmieć i błyskać. To było zdecydowanie gorsze od deszczu.
I w końcu znalazł. Jakaś jaskinia, pusta i opuszczona... Mieszkańcy miasta wyraźnie jej unikali, jakby bali się jakiegoś okropnego stwora... Doskonale.
Usiadł zaraz przy wejściu, patrząc na krople wody spadające z nieba, drżąc lekko.
W brzuchu już mu burczało, od kilku dni nie jadł.
Owe burczenie rozchodziło się po jaskini niczym warczenie jakiegoś dzikiego zwierza.
Kiedy Jacca obserwował mężczyznę ten odłożył broń pod ścianę i usiadł przy wejściu wzdychając cicho. Potem pójdzie głębiej sprawdzić czy grota jest na tyle głęboka, żeby nie musieć barykadować wejścia, by jego skóry nie dotknęło światło. Nie było to idealne leże, lecz co zrobić? Gdzieś ukryć się musiał, a miał do wyboru tą jaskinię, albo dziurę w ziemi. Biorąc pod uwagę, że miał jedno ubranie i lekką klaustrofobię wolał jaskinię. Mimo wszystko. Dziury w ziemi kojarzyły mu się z grobami, a te będąc w tej samej kategorii rzeczy znienawidzonych co nietoperze, trumny i gotyckie zamczyska delikatnie mówiąc go przerażały. To ci wąpierz…
OdpowiedzUsuńKiedy tak siedział sobie spokojnie od ścianą i dumał nad sensem istnienia, albo co prawdopodobniejsze tym, że dawno nikogo porządnie nie wystraszył usłyszał wyjątkowo przerażający dźwięk. Natychmiast poderwał się na równe nogi i spojrzał w głąb jaskini. Zaklął siarczyście pod nosem. To wszystko mu się wcale nie podobało.
- Kim jesteś? – zapytał, szukając źródła głosu w ciemności. Nawet z idealnym wzrokiem nie umiał go dojrzeć. – Jestem Wynn. Szukam tu schronienia.
Jego oczy niepokojąco błyszczały w mroku. Na szczęście nie było po nim aż tak bardzo wiedzieć, że nie czuje się najpewniej.
Nie to, żeby Wynn miał duże doświadczenia z duchami, ale nie wątpił w to, że to miejsce jest nawiedzone. A słowa pewnej czarownicy zapewniającej go, że żaden duch nie może go tknąć wcale nie wydawały się już tak przekonywujące jak kiedyś.
Usłyszawszy czyjś głos Aimtres zerwał się na równe nogi.
OdpowiedzUsuńPatrzył wprost na nieznajomego człowieka... Albo raczej osobnika.
W tym mieście nie należało zbyt szybko używać słowa człowiek...
Spojrzał na jagody w jego ręce i już w jego duszy odezwała się jego nieufność.
- N...nie dzię..kuje...- wymamrotał. Jednocześnie starał się byś od niego na tyle daleko, by tylko nie mogli się w żaden sposób dotknąć. Kotołak tego nienawidził...
już po chwili w ciszy usiadł ponownie, dalej patrząc na deszcz.
Szczerze powiedziawszy, to gdy zobaczył nieznajomego chciał uciec. Jednak perspektywa znowu siedzenia w deszczu zniechęcała go do jakiegokolwiek uciekania.
Wiedział, że i tak będzie musiał uciekać i to prędko. Wizja zakopania się gdzieś w lesie budziła w nim autentyczną, trudną do poskromienia niechęć, lecz co zrobić? Mimo wszystko nie miał zamiartu jeszcze odpuszczać. Może i był wampirem niezwykle strachliwym, niezwykle młodym i niezwykle głupim, ale niewątpliwie był też niezwykle ciekawski. I po prostu odwrócenie się na pięcie i odejście byłoby mocno nie w jego stylu.
OdpowiedzUsuńZresztą… Może to jakiś człowiek się wygłupia? Kiedyś, idąc przez góry prawie dwa tygodnie od najbliższej wioski spotkał w jaskini na stromym zboczu zwariowanego staruszka, który mówił o sobie, że jest pustelnikiem. Głodował już od jakiegoś czasu, bo nie miał siły wyjść z jaskini. Wynn pamiętał, że mimo okropnego głodu (byli dwa tygodnie od najbliższej wioski, a Wynn nienawidził żywić się zwierzętami) pozostawił go przy życiu i przeniósł kilka zajęcy, które udało mu się upolować (z drugiej strony ganianie za tymi zającami było świetną zabawą).
Różni dziwacy byli. Może i tu jakiś wariat się pałęta…? Zresztą. Czy ten duch nie miał głosu dziecka?
Czy duchy potrafią przewracać kamyki?
Właściwie bez strachu poszedł w stronę kryjówki Jacca’y. Węszył jakiś podstęp. Może i niesłusznie, ale kto wie…
Wynn wyłonił się za stalaktytu.
- A Ty kto? – zapytał ukazując kły. Chcicał wystraszyć żartownisia, który udaje ducha. Całkiem przestał wierzyć w to, że duch może istnieć naprawdę. Może i na ogół był nie wyróżniającym się z tłumi, niepozornym człekiem, ale widok błyszczących nawet w kompletniej ciemności oczu i kłów jak małe ostrza nieco mu pomógł osiągnąć zamierzony efekt.
…Który zaraz zburzył, bo przez jego twarz przemknęło zdziwienie i niepokój. To jednak nie był żartowniś. To było… cholera wie co.
Pokiwał słabo głową.
OdpowiedzUsuń- Ym, tak dziękuje...- wymamrotał cicho i podciągnął kolana do klatki piersiowej.
Milczał. Nie należał do osób wylewnie rozmawiających z nowo poznanymi osobnikami.
Nie był ufny.
I wyczuwał, jakimś dziwnym sposobem, że ten też, że owy nieznajomy też nie był zbyt pewny siebie.
- Nigdy nie sądziłem, że jestem w jakikolwiek sposób straszny...- wyznał i skierował swoje spojrzenie w głąb jaskini.
Jego oczy błyszczały, niczym kocie, w ciemności, jaka w niej panowała.
Jedną dłonią lekko przeczesał mokre włosy, z przyzwyczajenia zahaczając o kocie uszy, delikatnie sterczących spomiędzy jego ciemnobrązowych włosów.
Przynajmniej ogona nie było widać.
Obrzucił wzrokiem.. To coś. Ni to cień, ni to duch, ni to materialne. Dziwne takie.
OdpowiedzUsuńAle bać się? Wynn na ogół nie bał się tego, co bało się jego. Cóż, może i zachowywał się jak zwierzę, ale to już nie była jego wina. Czyjś strach działał na niego jak narkotyk i kompletnie, kompletnie nie mógł na to nic poradzić. Tak już było. Podszedł powoli do chłopca i pochylił się nad nim. Podniósł go za kołnierz pozszywanego z łatek płaszcza.
- A Ty kto? – powtórzył, mimowolnie przechylając trochę głowę. Wpatrywał się w duchopodobne stworzenie, które mógł dotknąć i widział… To było dziwaczne. Nadal nie mógł rozgryźć o co w tym wszystkim chodzi. Nie czuł się z tego powodu wcale pewnie, ale nie okazywał tego po sobie. Zapomniał nawet, że powinien się wynosić, bo wkrótce dopadnie go słońce, a naprawdę wolałby nie stracić tutaj przytomności. Nie czuł jeszcze wpływu nadchodzącego świtu, ale gdy tylko promienie rozjaśnią ziemię, straci wszystkie siły i stanie się kompletnie bezbronny. Ale oczywiście o tym zapominał, bardziej zaciekawiony zjawiskiem, które znusił do stanięcie naprzeciw niego.
W pustych oczach było coś upiornego, ale czy wytarczajaco upiornego, by przestraszyć Wynna? Cholera wie.
Jego mięśnie były napięte, gotowe w każdej chwili do ucieczki, gdyby jednak nieznana istota chciała go zaatakować.
OdpowiedzUsuńNie był mistrzem walki, a jedynym co miał do obrony, miał swoje pazury.
- A... Aimtres. W skrócie Aim.- przedstawił się grzecznie, niczym normalny, cywilizowany człowiek, a nie na wpółdziki kotołak.
Jedną dłonią, a raczej pazurami tej dłoni zataczał koła na podłożu jaskini, bacznie go obserwując.
Wypuścił go, gdy tylko o to poprosił. W jego ciemnych, błyszczących jak u kota oczach było widać nie kryte niczym rozbawienie. Nie wydawał się już taki straszny. Choć, niewątpliwie nadal śmiertelnie niebezpieczny, przynajmniej dla kogoś żywego. Sam nie był do końca pewien, czy mógłby zrobić mu krzywdę. Znaczy się ne chodziło o moralne pobudki, tylko o to czy dałby radę. Bo i to nie było pewne. Był mordercą, to pewne, choć mordercą stricte na ludzi. Nie na... dziwacznych mieszkańców jaskiń.
OdpowiedzUsuń- Słyszałem o Tobie. Baby na targu powiadają, że każdy wejdzie do Twojej jaskini ginie natychmiast. - stwierdził wesoło wręcz. Odsunął się na krok. Nie widział zagrożenia w wystraszonym upiorku.
"Upiorek. Co za pasujące słowo!" - stwierdził wesoło w myślach.
- Jak daleko od miasta jesteśmy? - zapytał odwracając głowę w kierunku wyjścia z jaskini. Cóż, ,musiał szybko coś wymyślić. I to bardzo szybko.
Na tle nocnego nieba górskie szczyty stanowiły jedną czarną plamę. Czerń wznosiła się nad miastem, ogromna i niepokojąca, jak sylwetka przyczajonego nad domostwami olbrzyma. Czerń odcinająca się od granatu.
OdpowiedzUsuńDla Lyn chwilowo barwy nie miały znaczenia, teraz w jej świecie nie istniały. Unosząca się kilka metrów nad ziemią kula światła i iskier wiedziała tylko, że z każdą chwilą zbliża się do nieregularnych, poszarpanych skalnych ścian. Z daleka widziała je wiele razy, zarówno w nocy jak i za dnia. Pierwszy raz w życiu była tak blisko, ale teraz właśnie nie miała ciała i wszystko i tak wyglądało inaczej.
Lyn przyspieszyła, już niewielki dystans dzielił ją od chłodnej powierzchni ścian. Przesuwała się wzdłuż nich, badając je, oświetlając te części, które miała najbliżej, chociaż właściwie teraz światło nie było jej potrzebne.
Powierzchnia nagle się zmieniła, Lyn poczuła... pustkę? Ściana przed nią gwałtownie się kończyła. Jaskinia? Tunel?
Stopniowo zbliżała się, szukając końca tego zagłębienia, ciągle nie mogąc go wyczuć. Piorun kulisty wtargnął do jaskini, rozpraszając swoim światłem mrok. Z każdą chwilą coraz dalej, głębiej i coraz pewniej.
Pokiwał nieznacznie głową.
OdpowiedzUsuń- Tak, paskudna...- mruknął cicho.
W zasadzie... Kotołak nie raz widział gorszą. Na przykład gdy śnieg sypał jak cholera, zupełnie ograniczając widoczność i do tego okropny mróz... Albo deszcz z gradem i do tego jeszcze burza...
Na te myśli chłopiec wzdrygnął się delikatnie.
- Dobrze, że przynajmniej nie ma burzy...- powiedział już nieco pewniej.
Z westchnieniem oparł się o zimną ścianę jaskini i przymknął oczy delikatnie, wsłuchując się w szum deszczu.
(I ja witam serdecznie w skromnych progach ;)).
OdpowiedzUsuńPrzechadzała się po miasteczku. Była już głęboka noc. Przechodziła koło jednego z zaułków, których wiele było w Graleyn. Zerknęła w jego głąb. Nagle powietrze zafalowało i zmaterializowała się jakaś postać. O ile duch może się zmaterializować - Vaylah. Mam nadzieję, że nie będę musiała Cię przepędzać z miasteczka - zaśmiała się ochryple. Zatrzymała się u wlotu zaułka i oparła się ramieniem o ścianę kamieniczki. Patrzyła cały czas w jeden punkt.
(Witam.)
OdpowiedzUsuńMimo, że słońce prawie całe schowało się za choryzont, wciąż było duszno.
Rudowłosa dziewczyna przedarła się przez las i dotarła do podnóża gór, gdzie wcześniej widziała wejście do jaskini. Przybliżyła się do tego miejsca podążając dłonią po skale. Dziura była tak mała, że musiała kucać, bądź zjechać na tyłku, czego była bliska. Nie był by to przyjemny zjazd, gdyż kamienie były śliskie oraz miały ostre krawędzie. Im głębiej zeszła, tym coraz bardziej odczuwała chłód. Do wnętrza nie dochodziło żadne światło, przez co uderzyła czołem w jakiś stalaktyt, kiedy spróbowała się wyprostować.
- Ciemno tu jak w ... - chciała dokończyć, ale w tej chwili upadła na kolano. Podparła się ręką, a drugą starała się rozszarpać sukienkę, gdyż jej skrawkiem zaczepiła się o głaz.
Przeklnęła coś pod nosem, po czym usiadła z impetentem na ziemi poddenerwowana. Skrzyżowała nogi i spojrzała w górę, skąd przybyła. Nie docierała do niej nawet odrobinka światła.
Poczęła pstrykać palcami, by chociaż figlarne iskierki rozświetliły wnętrze. " Przynajmiej jest chłodno... ciekawe, czy znajdę tu jeziorko" pocieszała się w duchu.
Nie były jej straszne nietoperze, co podobno często wplątują się w długie włosy. Nie bała się żadnych zwierząt, jedynie ludzi mogła się obawiać.
Siedziała naburmuszona starając się uwolnić, rozwietlić grotę.