Nazywają je Miastem Straceńców.

Graleyn nie należy do ludzi. W tym niepozornym miasteczku dzieje się więcej, niż sobie wyobrażasz. W cieniu starych murów kryją się istoty, które nie powinny istnieć. Siedzą w karczmie i piją wino. Prowadzą warsztaty i sklepy. Ludzie nie mają nic przeciwko… Głównie dlatego, że nie wiedzą o tym, iż miasteczko jest stolicą świata nadnaturalnego. A to, że czasem ktoś zniknie...

No cóż, zdarza się.


sobota, 21 lipca 2012

Coś się gdzieś zjawiło. Nawet bez duszy i ciała...


LYN DELACOIR

Przydomku na razie nie posiada. Nazwiska rodowego używa rzadko i raczej niechętnie.
Zginęła w wieku siedemnastu lat, od prawie sześciu błąka się po świecie, nie do końca pewna, czym właściwie teraz jest. Duch? Żywiołak energii? Coś pomiędzy?
Najczęściej widziana jako młoda dziewczyna o długich blond włosach w złocistym odcieniu, o ciele pokrytym skomplikowanymi srebrnymi i czarnymi wzorami, rzadziej jako biała pantera z podobnym wzorem na sierści, w obu postaciach ma jednolicie czarne oczy bez białek i tęczówek. Kiedy podróżuje sama i na duże odległości, najczęściej nie ma ciała i jest piorunem kulistym, to znaczne ułatwienie. A poza tym może być każdym. Może być wszędzie. W każdej chwili może być blisko i obserwować.
Kiedyś panienka z tak zwanego dobrego domu, obecnie zdarza jej się zatrudniać jako eskorta bogatych kupców albo ekstrawaganckich arystokratów, którzy mają za dużo zdrowego rozsądku i za mało odwagi, żeby podróżować bez straży przez podejrzane pustkowia, mając ze sobą rodzinę lub dobytek.
Chroniczna samotniczka. Od śmierci i utraty kontaktu z narzeczonym nie ma nikogo innego. Bezwarunkowa wierność? Czy może cicha nadzieja na ponowne spotkanie?
Nie, nie ucieka przed nikim. A w Graleyn znalazła się przez przypadek.

Charakter: Skromna i bardzo wrażliwa, łatwo się wzrusza. Czasem może sprawiać wrażenie, jakby brakowało jej pewności siebie, chociaż to zdarza jej się coraz rzadziej. Może wydawać się również niedostępna, czy wręcz oziębła, trudno odgadnąć, o czym myśli albo jak się w danej chwili czuje. Trudno ją rozgniewać, zazwyczaj jest opanowana, stara się trzymać emocje na wodzy. Pomimo częściowo romantycznej natury pozostaje raczej marzycielką, nie jest skłonna do gwałtownych uniesień. Cicha, małomówna, woli myśleć niż dużo gadać.
Od zawsze była w oczach bliskich "dobrym dzieckiem", "dziewczyną o złotym sercu". Z tamtych czasów pozostała jej chęć niesienia pomocy i skłonność do współczucia. Nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Jednak dawnej kruchej panienki obecnie jest w niej niewiele. Z upływem czasu straciła młodzieńczą optymistyczną wiarę w świat, zwyczajnie otwierzyły jej się oczy. Nie jest jednak pesymistką, sama mówi o sobie, że do wszystkiego podchodzi trzeźwo i z dystansem. Nie wydaje pochopnie osądów, najpierw stara się jak najdokładniej ocenić sytuację. Nie dla niej są intrygi i manipulacje, woli działać otwarcie, lubi jasno postawione sprawy. Prawdomówna i uczciwa, ma swoje zasady. Kłamstwo uważa za zwykłe tchórzostwo, nie dające się pogodzić z postawą honoru. Stara się postępować zgodnie ze swoim sumieniem, aby później móc spojrzeć sobie w twarz. Jeżeli uzna, że prawda przyniesie więcej szkody niż pożytku - zwyczajnie ją przemilczy. W przyjaźni jest wierna i lojalna, nie wyobraża sobie, że można postępować inaczej. Na początku znajomości bywa nieufna, nie od razu potrafi się otworzyć.
Nie lubi mieszać się w cudze konflikty, sama ich nie wywołuje. Uważa, że raczej nie ma wrogów, nikomu się nie naraziła. Zdrowy rozsądek, a może trochę kobieca intuicja, pozwalają jej unikać kłopotów.
Nie przywiązuje się do miejsc ani przedmiotów, najczęściej nic nie posiada. W końcu to tylko zbędny balast i utrudnienie, poza tym jest zdania, że żądza posiadania wypacza charakter.

Pochodzenie: Niewielkie miasteczko Birlitz, Lyn była córką zamożnych mieszczan, Orlanda Ravina Delacoir i jego pięknej żony Felice. Miała młodszą o rok siostrę, Suell. Ród Delacoir nie posiadał herbu ani tytułu szlacheckiego, ale wszedł w posiadanie ziemi i zdołał zgromadzić pokaźną fortunę.

Historia: Dzieciństwo i młodość spędziła w rodzinnym domu, gdzie niczego jej nie brakowało. Wychowywana w atmosferze miłości i ciepła, znała tylko piękne strony życia. Kiedy miała 16 lat, ojciec zaczął szukać jej męża, rok później Lyn zaręczyła się z dwa lata starszym Shivanem de Montalarno. Dziewczyna spodziewała się naturalnego w tej sytuacji biegu rzeczy - ślubu i szczęśliwego życia rodzinnego. Los postanowił jednak okrutnie zakpić z ich wyobrażeń i planów. Podczas burzy zapalił się jeden z domów w mieście, okoliczni mieszkańcy w panice wybiegli zobaczyć, co się stało. Wśród nich była Lyn, która trafiona piorunem zginęła na miejscu. Zrozpaczony ojciec, który znalazł jej zwęglone ciało, nie spodziewał się, że jej dusza i piorun stopiły się w jedno. Lyn nieokreślony czas przebywała pod ziemią, oswajając się z nową sytuacją, zanim odkryła, że potrafi wydostać się na powierzchnię i stworzyć ze światła nowe ciało, dowolnej postaci, chociaż najczęściej przybiera wygląd podobny do tego, który miała przed śmiercią, dodała tylko wyostrzone zmysły, żeby trochę sobie ułatwić. Ale kto powiedział, że to ciało ma być zawsze ludzkie? Może je dowolnie tworzyć i niszczyć, znowu stając się błyskawicą albo piorunem kulistym. Wiąże się z tym jednak poważne niebezpieczeństwo - jeżeli zejdzie pod ziemię za głęboko, pochłonie ją otchłań a jej dusza zajmie w końcu należne jej miejsce w zaświatach. Dziewczyna ma świadomość, że kiedyś nadejdzie chwila, kiedy nieprzezwyciężone wewnętrzne pragnienie poprowadzi ją prosto ku ostatecznemu przeznaczeniu, ma jednak nadzieję, że nie nastąpi to wkrótce.

Umiejętności: Z zakresu walki wręcz i bronią białą - raczej średnie, pomimo ćwiczeń nie robi wyraźnych postępów. Za to celność ma we krwi, wydaje się stworzona do strzelania z łuku. Od jakiegoś czasu traktuje to jako kuszącą alternatywę dla ciskania piorunami, znacznie przyjemniejszą dla osób postronnych. Za życia uczyła się jazdy konnej, teraz jednak nie może doskonalić tej umiejętności. Konie zwyczajnie się boją i nie pozwalają jej do siebie podejść, podobnie jak pozostałe zwierzęta.



[O tak, Lyn powraca. Jak zawsze chętna na wątki i wspólne notki. Opowiadania z czasem będą odzyskiwane. Możliwe (w zasadzie nieuniknione) zmiany w karcie.]

61 komentarzy:

  1. [Czasu nie miałam pisać nic; weekend z rodzicami...Kończymy tamte wariactwa z kundlami czy zaczynamy coś nowego? Jeśli coś nowego to TY zaczynasz, ja już dwa razy, niech będzie sprawiedliwie...]

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydawało się, że spał. Siedział na jednym ze swoich miejsc kompletnie ignorowany przez resztę ludzi obecnych w karczmie. Rzadko kiedy siadywał tyłem do drzwi, ale i tak się zdarzało. Nawet wtedy dokładnie śledził czy do karczmy wchodzi ktoś znajomy, czy dzieje się coś ciekawego czy też nie. Już z przyzwyczajenia nasłuchiwał znanych mu głosów i zapachów. Mimo to wszyscy myśleli, że zdrzemnął się przy stoliku. Miał opuszczoną głowę, na brodę opartą ja dłoni, ramieniem za to opierał się o nienajczystrzą ścianę karczmy. Brązowe włosy spadały mu na twarz.
    Mimo, że jego umysł nastawiony na mechaniczne wręcz podsłuchiwanie, ciągłe szukanie czegoś ciekawego to jakimś cudem udało mu się nie zauważyć wejścia Lyn.
    Tak naprawdę jednak nie był to cud, lecz możliwości tej dziewczyny. Wszak nie mógł jej usłyszeć, ani wyczuć jej zapachu, którego nie miała. Nie wyczuł też na karku jej spojrzenia, co można byłoby już podciągnąć pod dziwne zjawiska, bowiem na to wyczulony był piekielnie.
    W każdym razie udało się. Drgnął i odwrócił się. Powolnym, leniwym ruchem, bo poznał jej głos. Na początku chciał zrobić to gwałtownie, w momencie, jednak umysł zdążył na czas skojarzyć kto kryje się pod pełnym rozbawienia głosem młodej dziewczyny.
    Uśmiechnął się do niej szelmowsko
    - A jeśli powiem, że owszem zgodzisz się tu ze mną usiąść?

    OdpowiedzUsuń
  3. - A bo ja wiem czy nie gadasz ze mną tylko ze względu na swoje nienaganne maniery? - parsknął śmiechem w odpowiedzi. Zastanawiał się czy nie zaproponować jej czegoś do picia... No, ale ona raczej nic nie brała chyba. No, a może miała ochotę? Boże drogi, jakie ciężkie jest życie dżentelmena! No szkoda gadać, to jest takie męczące...
    - Chcesz coś? - zapytał po prostu, samemu nawet nie siląc się na owe "nienaganne maniery". Zbyt był widać na to leniwy.
    Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, właściwie się nie odzywając, przyglądając jej twarzy jedynie. Po głowie chodziło mu pytanie o co może jej chodzić. Zachowywała się... dziwnie. Jakby podejrzewała, że Wynn wpakował się w jakieś bagno.
    A wpakował się? Ciężko powiedzieć. Właściwie nie. Robił to co zawsze; mordował, denerwował i za dużo gadał. Kto go miał znienawidzić zrobił to w grudniu, kiedy Wynn przyjechał do miasta. Raczej nowych wrogów nie miał. Jedynie Namor groził mu więcej niż zwykle, ale Wynn starał się o tym nie myśleć. To zepsułoby jego wiecznie dobry humor.
    Jej słowa utwierdziły go w przekonaniu, że Lyn wyobraża sobie, że mężczyzna tylko czeka, żeby wpakować się w jakieś poważne kłopoty. Zaśmiał się. Podejrzenia o problemach najlepiej zbywa się śmiechem.
    - Czemu ktoś mi miałby ukręcać go akurat teraz? Grzeeeeeeeeczny jestem. No dobra, cofam. Nie jestem i prędko się to nie zmieni, ale to już wiesz. O co chodzi? - zapytał, z naturalną, niewymuszoną ciekawością.
    - Wybierasz się do swojego przyszłego niedoszłego przepraszać go za wszystko w akompaniamencie łez i błagania o wybaczenie, że zachowujesz się tak, jakby to miało byc Ostatnie Pożegnanie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawołał Aarona, by ten przyniósł kielich wina dla jego towarzyszki. W zamawianie wina dla siebie się nie bawił, bo i po co? Czasem to robił, żeby nie denerwować pomocnika karczmarza i nie dawać mu powodu do wywalenia siebie za próg, na co ten wiecznie miał ochotę. Szczególnie od czasu, kiedy Wynn zmusił go do zapomnienia, że cholernie się go bał. Podał chłopakowi kilka monet jako zapłatę. Mógł się usprawieldiwić tym, że kompletnie nie miał na co wydawać złota. Raz na kilka miesięcy kupował coś do ubrania, albo papier. I na tym się kończyły jego wydatki. A wpływy? Żeby się nie nudzić nadal przepisywał księgi, czasem też je ilustrował, handlem bronią zajmował się głównie z przyzwyczajenia, bo go o to proszono, nie popuścił też żadnej sakiewce znalezionej przy trupie. Miał pieniądze.
    - Tak, o tym Twoim narzeczonym. - potwierdził. - Jeśli zaś chodzi o to, czym teraz się zajmujesz to ja nie chcę wnikać. Naprawdę. Nie rozumiem tych wszystkich zakręconych historii, romansów nie wiadomo kogo z nie wiadomo kim, zdrad, zejść,dworskich układów w środku wsi i reszty tego cyrku. A i Ciebie nie zamęczam, żebyś tłumaczyła to nie zrozumiem i koniec. Chyba, że chcesz porwać się z motyką na słońce i spróbować? - uniósł brew.
    - O rany! Lyn, naprawdę POZWALASZ MI ŻYĆ? A jak wrócisz od Shivana to mogę sobie skonać, tak? - prychnął teatralnie. Wygłupiał się oczywiście. - Tak, pojedziesz do Birlitz i wrócisz poinformować nas o zamążpójściu i zaprosić na ślub. Całą zgrają przyjadą wtedy nieludzie i twój kochany ucieknie... To byłaby komedia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odchylił się na krześle do tyłu i najbardziej przesadnie jak umiał spojrzał w sufit, jakby tam szukał pomocy. Nie znalazł jej, rzecz banalnie oczywista. Dlatego musiał wrócić spojrzeniem na blondynkę, westchnąć sobie pod nosem, w sposób tak zbolały, jakby doświadczył już całego cierpienia świata i jęknąć pod nosem;
    - Nigdy nie zrozumiem kobiet.
    Przez chwilę milczał, jakby to miało być ostateczne i jedyne podsumowanie jej problemów, jednak gadułą był, tu nic się nie zmieniło. Spojrzał na nią.
    - Nie chcę być niegrzeczny, droga Lyn, ale drmatyzować to Ty umiesz bardziej od mojego niegdysiejszego... - znów nie wiedział jakiego słowa użyć. Najwłaściwszym byłoby... "pana", ale Wynnowi nigdy by to przez gardło nie przeszło. Nigdy. - przyjaciela - zakończył, nie do końca oddając ich stosunki. - A to jest naprawdę wyczyn. Sześć lat to nie jest dużo. Może wcale nie ma jeszcze żony. Boże drogi, ożeniłem się będąc starszy od niego, nie dramatyzuj, kobieto. Zobaczysz jak będzie. Jakby co, mogę użyczyć ramienia w razie potrzeby wypłakiwania się, chociaż czegoś takiego nie przewiduje. A dzieciaki są okropne. Wybacz szczerość, wiem, że większość ludzi ma inne zdanie jak ja. Się tam cieszę, bo Wynn - dziadek brzydko by brzmiało, boże drogi i tak się czasem zastanawiam czy za życia... Dobra, nie ważne. Nie ma żadnych bękatów i tego się trzymajmy!
    - Jak kocha to przeżyje i to... A jak nie kocha, to Ty musisz przeżyć. Z tym nic nie zrobisz. - Powiedział Mistrz Subtelności...
    Zdał sobie sprawę z tego, ze palnął. Zmrużył oczy i zrobił głupią minę, jakby usłyszał jakiś nieprzyjemny dźwięk.
    - To ja się może nie będę odzywać...

    OdpowiedzUsuń
  6. - Od czegoś tu jestem. Może i pocieszać i radzić nie umiem, to i do takiego podłego celu się przydam. - westchnął. Znów tak teatralnie i przesadzenie jak tylko się dało. Naprawdę Wynn miał zostać błaznem, nie złotnikiem.

    Zamyślił się na chwilę. Jej problemy jej problemami, ale mu się przypomniała pewna niepokojąca rozmowa z siostrą, kiedy odwiedził ją po raz pierwszy od tylu lat.
    "Wynn, napatrzeć się na Ciebie nie mogę, nic się nie zmieniłeś" - mówiła patrząc na niego tymi przenikliwymi ciemnymi oczami mrużąc je nieznacznie - Bardzo mi przypominasz takiego Emila, wiesz? Naprawdę... Ile on ma lat? 37? Sądzę, że powinniście się poznać. I Lilianę, też jest w podobnym wieku... i jej dzieci. Mają piękne, kręcone ciemne włosy." - ton kobiety robił się coraz bardziej złowrogi i przepełniony złośliwością. Wynn miał ochotę się wzdrygnąć. W ciemnych, prawie czarnych oczach siostry czaiła się satysfakcja i czysta złośliowość. Wynn zapewne gdyby mógł zrobiłby się blady jak ściana. Nawet nie chciał wiedzieć o czyich dzieciach mówiła. Ale wystraszył się cholernie.

    Odrzucił niepokojące myśli. Ale na chwilę zamilkł, widać było, że go coś trapi.
    - Każdy się czegoś boi. To zrozumiałe. - powiedział cicho, chyba zrobił się nieco nieobecny.
    "Kurde, ja nie chcę okazać się dziadkiem! Lyn, przypomniałaś mi o czymś, zołzo!" - jęczał w myślach.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pokrótce zrelacjonował jej wypowiedzi swojej siostry. Starał się przybrać jak najbardziej beznamiętny ton jak się dało. I tak nie wyszło.
    - I nie wiem czy sobie żarty robiła czy nie. A boję się zapytać nawet o szczegóły. Wynn dziadek, nie brzmi to fajnie, nie? Boże drogi, wyobrażasz to sobie, Lyn? Za każdym razem jak sobie to przypominam automatycznie psuje sobie humor. Nie każ mi się nad tym zastanawiać. Nie chcę wiedzieć. Miejmy nadzieję, że to były tylko żarty. TO MUSIAŁY być tylko żarty. Róża jest złośliwą babą.
    Westchnął teatralnie.
    - Dzieciaki to zło. I nie daj sobie wmówić, że coś straciłaś! Nic nie TRACIMY. - rzekł podkreślając liczbę mnogą.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Panowie szlachta zakichani - zachichotał. - Jak się taki wariat urodził to musieli być specyficzni. - stwierdził wesoło. - Ale już nie żyją. Została nas dwójka. A tak właściwie jedno, moja siostrzyczka. Nikt więcej. No, ewentualnie zjawiska o których nie wiem i daj panie boże, się nie dowiem.
    Zaśmiał sie. Wygadał się i zły humor minął. Biedna Lyn. Młoda panienka co musiała wysłuchiwać takich pozbawionych wszelkich upiększeń opowieści o stadzie nienormalnych wariatów. Aż prawie jej współczuł.
    - Nie jest tak źle. Tatusiek był nienormalny, oprócz niego dziaduszka, ja, dwóch bracików, z czego jednego słabo pamiętam, Róża i mama. Część wybiła dżuma, mnie się do dzisiaj zimno robi na widok zdechłego szczura, część sama wyzdychała, a część załatwił mój spór z żoną. To znaczy mnie i brata. Zresztą, mówiłem to już wielokrotnie. Dziwacy, wariaci... Cóż, o zmarłych się źle nie mówi.
    Znowu się śmiał. Zmiana nastroju o 180*. Zadziwiające.
    - Zmieniając temat... Wytłumaczysz mi po co i gdzie jedziesz?

    OdpowiedzUsuń
  9. Pokazał kąt, w którym zawsze przesiadywała Dhampirzyca. Wzrok miał typu `jakby Panienka nie wiedziała, gdzie zazwyczaj przesiaduje Pani Dilexi`...

    OdpowiedzUsuń
  10. - Pamiętaj, że jestem człowiekiem.. To jest dziwne. Stanowczo dziwne i zbyt skomplikowane na mój biedny, prosty umysł. - westchnął cicho, słuchając jej. Był jaki był i nie za bardzo rozumiał jak można się aż tak przejmować czyimiś sprawami.
    - Lyn, wiedziałaś, że to powiem, ale ze wszystkich Twoich licznych pobudek rozumiem tylko stodwadzieścia sztuk srebra. Niestety. Jedyne co mi pozostaje to życzyć Ci, żebyś wróciła w całości. Tyle tylko. Szerokiej drogi. Mam nadzieję, że szybko wrócisz, bo zwariuję w tym mieście.
    Akurat przyszedł Aaron, by postawić przed nią zamówiony napój. Wynn zapłacił mu kilkoma monetami.

    OdpowiedzUsuń
  11. - Dlatego, bo jesteś dobra do przesady i boisz się, że mnie urazisz, madame? – zaśmiał się cicho, unosząc brew. No dobra, słowo „madame” było jedynym francuskim słowem jakie umiał, ale wyjątkowo pasowało do jego wygłupów, prawda? – Zaprawdę powiadam Ci, że nie mam pojęcia czemu się ze mną przyjaźnisz, Lyn. Jesteśmy swoimi idealnymi przeciwieństwami, towarzyszko. Nie sądzisz?
    Zaśmiał się pogodnie.
    - Mam nadzieję, że nic sobie nie zrobisz. A z zaproszenia do karczmy rad będę. Ta Twoja rodzinka w ogóle wie co za stwory mieszkają w naszym kochanym Graleyn? I czemu masz taki głos, jakbyś znów przewidywała najgorsze scenariusze? Najchętniej pojechałbym z Tobą, żeby pilnować Cię, kiedy Ty będziesz pilnować ich… Ale nie mogę. A szkoda.
    Zamyślił się na chwilę. Szkoda, że „ja stawiam” już nie wywoływało w nim takiej wesołości jak kiedyś. Nienawidził być przymusowym abstynentem.
    Uśmiechnął się mimo to lekko i skinął jej głową.
    - Będę czekać.

    OdpowiedzUsuń
  12. - No ja mama nadzieję, że wiesz w co się pakujesz i krzywdy sobie nie zrobisz. Tak, robię Ci za tatuśka i niańczę. Zdaje sobie sprawę z tego, ale cóż zrobić, że nie mogę przyjąć do wiadomości tego, że nie tak łatwo zrobić Ci krzywdę. Ty sobie zdajesz sprawę jak Ty wyglądasz? Nie na taką, która miałaby bronić, tylko być broniona. I wybacz, że to mówię, ale to prawda, do diabła!
    Zdawał sobie sprawę, że nie potrzebnie się o nią martwi. Ale cóż miał zrobić, że za bardzo ją polubił?
    - Ty masz jednak mimo wszystko szczęście. Albo takie ilości uroku osobistego, że każdy Cię lubi, sam już nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  13. U mnie? Jakoś do przodu. Livionna tylko od długiego czasu nie widziałam - uśmiechnęłam się blado - a co u Navii? Nie mam zielonego pojęcia. Nie przyjaźnimy się już - skrzywiła się i wskazała Lyn puste miejsce, by usiadła sobie - napijesz się czegoś ze mną?

    OdpowiedzUsuń
  14. - Nie, uwierz, że wolę kobiety. - zachichotał, w szerokim uśmiechu pokazując czubki spiczastych kłów, które na ogół na szczęście pozostawały całkiem niewidoczne. - Nie musisz się zmieniać. - Dodał, wciąż nie mogąc ukryć rozbawienia spowodowanego wizją Lyn z jajami.
    W odpowiedzi na jej słowa usłyszała tylko kolejny wybuch wesołości, nic sensowniejszego. Nigdy nie przywyknie do myśli, że na serio gdzieś tam, daleko... Brrrr!
    Wolał o tym nawet nie myśleć.
    Jeśli zaś chodzi o jakąkolwiek ciemną stronę to miał z nią mniej wspólnego niż zajączek wielkanocny.
    - A Ty myślisz, ze nie? Ogłupiałaś? Jak można byłoby Cię nie lubić? Lyyyyyyyyynnnnnnnnnn...... - jęknął.

    OdpowiedzUsuń
  15. Livionn to Mój narzeczony - westchnęła - ale chyba mam pecha, jeśli chodzi o miłość - przywołała Aarona gestem dłoni, a gdy przyszedł zamówiła u Niego dwa kufle piwa.

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Wiesz jak się śmiałam to pisząc? ]
    - Kilkaset lat. Szmat czasu. Ja zawsze będę o Tobie mile myśleć. Nawet za kilkaset lat, jeśli do tego dożyję i nie zwariuję, co może się zdarzyć. Wszak ponoć już teraz jestem wariatem. - zaśmiał się pogodnie.
    Spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, uśmiechnął się lekko pod nosem, rozważając czy może jej wyjawić temat swoich rozmyślań.
    - Wyobraziłem sobie Ciebie jako mężczyznę. - palnął. -Łatwiej już byłoby oczami wyobraźni zobaczyć Lyn-smoka... I w to szybciej bym uwierzył.
    Przecież widział kiedyś olbrzymią, szkarłatną bestię zmieniającą się w piękną kobetę. No i widział Lyn - pieska. We wszystko mógłby uwierzyć w tym Graleyn...

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie wiem, którą jestem osobą Lyn. W sumie nie dbam o to. Coś się kończy, by mogło się zacząć coś nowego - uśmiechnęła się do Niej i z lubością pociągnęła łyk piwa z kufla - to, że nie ma Livionna, nie oznacza, że jestem samotna. Choć może czasami się tak czuję - westchnęła i spojrzała na to, co dzieje się za oknem. Widok nie przykuł na długo Jej uwagi. Szybko powróciła wzrokiem na rozmówczynię. Okręcała naczynie na blacie stołu - mam kogoś, kto mnie wspierał w najgorszych momentach. Wiem, że zawsze mogę liczyć na tą osobę Lyn - znów upiła kilka łyków i zamyśliła się. Po chwili znów się odezwała - czekam na Jego przybycie. Ma się pojawić w miasteczku lada moment - uśmiechnęła się ponownie - wiesz Lyn, jakie by to miasteczko nie było, ale nie zmieniła bym miejsca zamieszkania. Mnie tu jest dobrze, choć różnie bywało. Najczęściej źle. Ale mam i sporo dobrych wspomnień i ich się trzymam.

    OdpowiedzUsuń
  18. A w którym momencie powiedziałam, że się wyprowadzam? - spojrzała na Lyn zdziwiona tym, co od Niej usłyszała - mnie tu jest dobrze. A Mym Przyjacielem, o którego pytasz jest Shanon - spojrzała na Nią - znasz Go?

    OdpowiedzUsuń
  19. - Też gorszych widziałem, ale ja tylko powtarzam co ludzie powiadają, Lyn. Widziałem takich wariatów co nawet mnie przerażali. O, był tu nawet kiedyś taki król psycholi i świrów, co mnie mdliło na jego widok. Nie spotkałaś? To się ciesz. Chyba niegroźny był, tak względnie, ale cholera to wie wariatów. Nigdy nie przewidzisz co wymyślą, nie?
    Zamyślił się na chwilę. Szpitala dla psychicznie chorych nie widział nigdy, pewno mało ich było. Pewnie jeszcze mniej niż tych normalnych, a i ich przecie cholernie mało jest.
    - A może tak jest? Skąd wiesz, że nie jest? eh, znowu zaczynamy filozofować. Niemożność się nachlania fatalnie działa na zdolność myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  20. (Cześć. Kończymy wątek, czy coś nowego? :))

    OdpowiedzUsuń
  21. - Mówiłem Ci już kiedyś, madame. Pamiętaj, że Twój towarzysz jest jedynie nie do końca ożywionym trupem. Nie je, nie pije, a chodzi i...się obija? Hm. Tak by pasowało.
    Zaśmiał się cicho pod nosem.
    - Pierwszy objaw bycia potępionym. Tylko szatan mógł mi zakaz nawet spróbowania wina bez nieprzyjemnych skutków. Abstynent z przymusu od prawie czterdziestu lat. To wcale nie jest zabawne.

    OdpowiedzUsuń
  22. ( Hm... nie wiem tylko co, by było ciekawe. Coś dalej o elektryczności, czy bardziej przyziemnych sprawach xD?)

    OdpowiedzUsuń
  23. Simon zupełnie nie spodziewał się tego co zobaczył. Podczas gdy spokojnie spacerował, nikomu nie przeszkadzając zaczęła się do niego łasić... pantera... Uniósł brwi przystając. Potem się rozejrzał.
    -Nikt nie zgubił pantery..? -rzucił w tłum, ale spotkał się z obojętnością przechodniów.
    Zerknął znów na zwierze i zmarszczył brwi. Z jej zachowania wynikało, że chce raczej aby ją pogłaskać niż stawać z nią do walki. Simon wyciągnął rękę do jej pyska i musnął palcami ciepłą sierść. Uśmiechnął się lekko kiedy spotkał się z aprobatą kota.
    -Znowu się spotykamy, co Lyn? To dość dziwna postać, czemu akurat kot..? -kucnął, aby spojrzeć kocicy w oczy. Nie zdejmował ręki z jej łba wciąż ją głaszcząc.

    OdpowiedzUsuń
  24. (Nie mam pomysłu.. Zaczniesz? Proooooszę xD)

    OdpowiedzUsuń
  25. - Zaczynasz przejmować mój sposób myślenia. To nie jest dobry objaw, pani. Co do potępienia to Ty możesz pić. - trącił ręką jej kielich - Ja nie. Co zjem, czy wypiję to hm - jakby przez chwilę szukał ładnego słowa. - zwymiotuję Takie życie, psiamać, nieżycie. Jeśli zaś chodzi o same zakłady to przeżyłem ich już troszkę. Głównie z moim najlepszym przyjacielem, księdzem nawiasem mówiąc. O pierdoły. Czasem nie o pierdoły, ale rzeczy zawsze dziwaczne. Wolę sobie nie przypominać jakie pierdoły robiliśmy dla zakładów. Nie patrz tak na mnie. Nic takiego. Zjedzenie główki czosnku na przykład. Ale trochę udało mi się zarobić na tych zakładach. Klesze też. Wariat był dobry. Wszystko Ci zrobi i wymyśli.
    Zaśmiał się do swoich myśli.
    - W "Kto więcej wypije" też się bawiłem, ale przegrałem. Nacierpiałem się, a i tak nie wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  26. Na parapecie okna Karczmy przysiadł kruk Dilexi. Wstała i uchyliła okno. Grey zaczął dziubać maleńki futerał. Kobieta otworzyła go i wyjęła zwitek papieru ze środka. Rozwinęła go i przeczytała kilka słów skreślonych w pośpiechu. Spojrzała na Lyn - no chyba jednak nie będziesz miała okazji poznać Shanona. Nie pojawi się już tutaj...- westchnęła cicho. Zmięła wiadomość i schowała do torby. Kiwnęła głową w stronę Kruka i usiadła na swoim miejscu. Potarła skronie i dopiła piwo do końca. Przywołała Aarona i zamówiła jeszcze jedno. Szybko je przyniósł. Wypiła połowę z niego. Zastanawiała się nad czymś.

    OdpowiedzUsuń
  27. On się tu już w ogóle nie pojawi - powiedziała tylko i zamilkła. Wiele myśli przetaczało się teraz przez Jej umysł. Była załamana.

    OdpowiedzUsuń
  28. - Nic. – odpowiedział z typową dla siebie prostotą i szczęścia. – Dwadzieścia sztuk złota wygrałem.
    Jakby bezwiednie postukiwał w stół odrobinę przydługimi, ostrymi paznokciami zatapiając się w zamyśleniu. Mijały kolejne sekundy, a on zdawał się tylko oddalać od rozmówczyni, gdy jego myśli kierowały go w inną stronę, w stronę wesołej, pełnej słodkich swawoli przeszłości spędzonej z Klechą, gdy ten był jeszcze młody i gotowy dotrzymywać kroku szurniętemu wampirowi. Wynn tęsknił za tym czasem, a myśl, jak okrutnie skończyły się ich przygody w świetle księżyca powodowała, że miał ochotę westchnąć na głos. Nie mógł zatopić się głębiej w myślach, bowiem wiedział, że zdradziecka droga myśli znów zawiedzie go do wspomnień przepełnionych samotnością, a później niechcianym towarzystwem Rewana. Nie chciał psuć sobie tego wieczoru ponurymi rozmyślaniami nad naturą przemijania.
    Czas nieznośnie uciekał, gdy ten nie mógł zebrać myśli i odpędzić biegnących na złamanie karku obrazów cisnących mu się w oczy. W końcu odpowiedział, a w jego głosie brzmiało rozbawienie, nie czyniąc podejrzeń, aby w umyśle pojawiły się choć nuty melancholii.
    - Zwykle już tej samej nocy pozostawaliśmy bez niczego. O to w tym wszystkim chodziło, lecz i tak Adrian gotowy był czasem rzucić się na mnie z ostrzem za mą wesołą rozrzutność. Nie szukaliśmy wszak bogactwa.

    OdpowiedzUsuń
  29. Zaczęła pędzić jak dzikuska goniąc postać, która biegła niewiele przed nią. Prawdę mówiąc można się spierać, czy stąpała po ziemi , a może lewitowała parę centymetrów nad nią. Gdyby Hesh zarzuciła na głowę kaptur, zapewne nikt nie odróżniłby rudowłosej od uciekającej.
    Nie zauważyła Lyn; nie zwracała uwagi na nikogo, jedynie na brązowy płaszcz. Na usta cisnęły się jej przekleństwa, ale nie chciała tracić sił.

    OdpowiedzUsuń
  30. - Nie widzę potrzeby, by się nią przejmować. Nie muszę zbierać na starość, nie muszę mieć nic i wcale mnie to nie martwi. Patrząc w ten sposób nie muszę martwić się o nic i niczym przejmować. - odpowiedział zgodnie z prawdą. - Po co mi bogactwo i złoto? Po nic. Wolę nie mieć nic i nie mieć kłopotów. - mówiąc to bawił się medalionem zawieszonym na szyi. - No dobra, całego złota bym nie oddał. Za bardzo je lubię. - Zaśmiał się. Medalion, trzy pierścienie na palcach... No dobra, ozdoby były jego małą obsesją.
    Wychodził z założenia "jakoś to będzie" i zawsze jakoś to było. Martwienie się o przyszłość było mu całkowicie obce, od zawsze.
    - Nie powiedziałbym jednak, że przyszłość mogłaby nie istnieć. Rozkoszuję się myślą, że będzie... zawsze. Zawsze coś przede mną jeszcze będzie. - poprawił ją.

    OdpowiedzUsuń
  31. Jeśli pozwolisz, to nie będę o tym rozprawiała - spojrzała na Lyn - tak będzie lepiej - uśmiechnęła się do Niej pokrzepiająco, żeby Ją trochę uspokoić - lepiej powiedz, jak się miewa psiak ode mnie?

    OdpowiedzUsuń
  32. Po jakimś czasie szalonego ganiania dopadła postać przed nią chwytając za płaszcz.
    - Wi- witaj. Pomocy.. - wydusiła z siebie Hesh trzymając wijącą się dziewczynę.
    - Pomóż mi ją przytrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  33. - Nie. – Zaśmiał się w odpowiedzi. – Przez trzydzieści siedem lat nic się nie zmieniłem. Kompletnie. Na zawsze pozostanę wąsatym dwudziestosześciolatkiem. Włosy mi odrosną, jak je zetnę. Swego czasu próbowałem się golić, ale mi się odechciało. – wzruszył ramionami. – Nigdy mi się nie chciało.
    Pochylił głowę, a długie, ciemne, chaotycznie kręcące się włosy opadły mu na twarz.
    - Nazwij mnie próżnym, ale podoba mi się to jak wyglądam.

    OdpowiedzUsuń
  34. - To jest.. em.. nikt - mruknęła. Zdjęła istocie kaptur i przyłożyła rękę do prawie przeźroczystego czoła, które w zasadzie było jedynie energią. Wargi poruszały się bezgłośnie, kiedy odmawiała zapewne jakieś zaklęcie.

    Hesh

    OdpowiedzUsuń
  35. - Jak mam odbierać to porównanie?
    Zaśmiał się cicho pod nosem.
    - Jestem zbytnim egoistą by umieć prawić ludziom komplementy, więc nie spodziewaj się odpowiedzi na poziomie. – zaśmiał się cicho. – Do tego jestem cyniczną paskudą i aktualnie zastanawiam się ile zmieniłaś w sobie, kiedy nauczyłaś się, że Twoje ciało może przybierać kształty. Bo wyglądasz, moja droga, olśniewająco i kobiety zapewne umierają z zazdrości.
    Znów na jego twarz wpłynął szelmowski uśmieszek zabarwiony rozbawieniem. Mógł się naprawdę dobrze przekonać co do jej urody.
    - Eteryczna piękność. – powiedział bardzo cicho, właściwie do siebie, jednak przy odrobinie wysiłku mogła go dosłyszeć. Jego słowa to rzeczywiście nie były wymuszone komplementy, tylko faktyczne jego myśli.

    OdpowiedzUsuń
  36. - Draniem? Ależ to brzmi. Naprawdę. Czy wszystkie kobiety są tak bezwarunkowo okrutne? Szczególnie, gdy jestem wobec Ciebie tak szczery? Nawiasem mówiąc strasznie dużo Ci mówię. Jesteś jedną z niewielu, jeśli nie jedyną osobą, której mówię wszystko jak leci. Zacząłem gadać jak głupi przy naszym pierwszym spotkaniu, pamiętasz? – zaśmiał się cicho.- Odbiło mi wtedy i do teraz odbija chyba.
    Pokręcił głową.
    - Czy według Ciebie naprawdę jestem aż tak zły jak mówisz? Wiesz, dranie i bestie też mają uczucia, które łatwo zranić. Nie chcesz, żebym się tu rozkleił, prawda? - wyszczerzył się w uśmiechu, zaczesując opadające mu na twarz włosy na tył głowy, bo potwornie ograniczały mu pole widzenia.

    OdpowiedzUsuń
  37. Energia przeszła do niej przez rękę, aż odrzuciło ją na kolana. Na ziemi obok niej został tylko płaszcz.
    - Aaa... taki... eksperyment nad którym straciłam kontrolę - wydusiła z siebie pocierając czoło.

    OdpowiedzUsuń
  38. - Nie powiedziałaś – Zgodził się z nią, a na jego twarzy ciągle widać było słaby uśmiech szelmy. Właściwie to całe gadanie służyło tylko trochę podręczeniu jej, zmuszeniu do rozwodzenia się nad pierdołami… Niczemu więcej. Właściwie to wszystko absolutnie nie miało sensu.
    Wynn też nie miał najmniejszego zamiaru płakać! Broń mu panie boże! Płaczący chłop to jedno, rzecz straszliwa i niedopuszczalna, a już płaczący wampir? Inaczej… Czy jest coś gorszego od płaczącego wampirzego błazna rodzaju męskiego? Chyba nie…
    Ale zagrożenie rozpłakaniem się było mocno w stylu Wynna – było absolutnie nierealne i głupie.
    - Lyn, ja naprawdę nie mam wiele wspólnego z wysoko urodzonymi o których mówisz – przypomniał jej. – Prócz bycia babiarzem i moczymordą oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
  39. - Tak, tak! Szalony mag.. a jak że - mruknęła. Nienawidziła jak ktokolwiek prawił jej kazania. Moze dlatego, że nikt się nią nie interesował przed przyjazdem do Graleyn?
    - Staram się umieć zapanować nad mocą, którą widziałaś jak sobie biegła. To czoś kiedyś może przejąć stery nad Heshtje.

    OdpowiedzUsuń
  40. - Nie wiem... Wprawdzie nie wiem kim jesteś - pokręciła głową bezradna.
    - Tak się zastanawiałam, że chyba szkoda będzie mnie zabić, co nie? Dlatego próbuję ją wyciągnąć z siebie. W razie ostateczności, trzeba ją jakoś zniszczyć. Chciałabym cię prosić wtedy o pomoc, ale widzę, że poczułaś do niej sympatię, choć to nie jest zbyt rozmune stworzenie. Odwzorowało parę moich zachowań i tyle. Mam nadzieję, że nie emocji - wyznała. skubiąc podbródek.

    OdpowiedzUsuń
  41. - Nie przejmuj się mną i martw tylko tym, że luźne podejście do świata może okazać się zaraźliwe. – powiedział wesoło, bawiąc się jakimś znalezionym na stole papierkiem. Zabawa różnymi przedmiotami trzymanymi w rękach była wyjątkowo upartym, zabawnym nawykiem, który się do trzymał. Dużo było takich nawyków, a jeden bardziej dziwaczny od drugiego…
    - Lubię. Choć nie przesadzajmy. Mam Hesh, a moczymordą być nie mogę z powodów oczywistych. Czuję się jak święty. – zaśmiał się wesoło, kręcąc lekko głową.
    [Wybacz, myślałam, że odpisałam.]

    OdpowiedzUsuń
  42. [a masz racje, z DoDa jestem >D a ja z kim mam przyjemnosc? :D]

    OdpowiedzUsuń
  43. (Zapomniałaś o mnie :()

    OdpowiedzUsuń

  44. - Całkiem fajnie brzmi. Chociaż wolałbym świętego Wynna. Święty William już pewnie jakiś jest, a ja nie lubię tego imienia. Kojarzy mi się tylko z napisem w rodzinnej krypcie, wiesz „William Hyantell, urodzony…, zmarły…”. Upiorny widok, wiesz? Zresztą, pojedziesz do rodziny to pewnie sobie pooglądasz podobny napis i zrozumiesz jakie to paskudne uczucie. – wzruszył ramionami, kontynuując zabawę papierkiem. – Cóż, możliwe, że będę pierwszym świętym potępieńcem. Chyba w to nie wątpisz, prawda? – zaśmiał się wesoło. – Co do Twoich zdrowych zmysłów… Nigdy nie wątpiłem w to, że ich… nie masz. Gdybyś je miała, nie zadawałabyś się ze mną, nie sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
  45. (Uh... wybacz. Jakoś nie zauważyłam.)
    - A może jest po prostu częścią mnie? Kurczę... nie wiem już sama czym JA jestem. Na samym początku uznawałam się za zwykłego człowieczka, a teraz... - szeptała.
    - Życie mi się komplikuje - zasmiała się cicho.

    OdpowiedzUsuń
  46. Choć prowadzili rozmowy tego typu od bardzo dawna to jakimś cudem po dziś dzień mu się one nie znudziły. Pewien uroczy poziom abstrakcji, który utrzymywały powodował lekki uśmiech na jego twarzy. Lubił Lyn i nic nie umiał na to poradzić. Wbrew pozorom z niewieloma osobami łączyły go tak zrozumiałe, przyjacielskie relacje jak z nią. Powiedzmy, że szczera przyjaźń z kobietą nie zawsze była w jego stylu.
    - Święta Lyn? W aureoli nie byłoby Ci do twarzy. – stwierdził wesoło, spoglądając na swoją towarzyszkę. Później spojrzenie przeniósł na otaczających go ludzi. Gdy próbował obserwować każdego z tej szalonej tłuszczy z osobna szybko pogubił się w tym co widzi, a jedyny sensowny wniosek z obserwacji wcale go nie zadowolił („Chcę stąd wyjść i spotkać kogoś z nich samego… W ciemnej uliczce. Chcę...”), więc z bezgłośnym westchnieniem powrócił wzrokiem na Lyn.
    - Z czasem pogodziłem się z tym widokiem. Zresztą… nie jesteś martwa. Żyjesz. Jakkolwiek Twoje życie się nie zmieniło to żyjesz. To, że ktoś uznał Cię za martwą, nie sprawia, że tak się stało.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Mag, może i sprawca.. to mógł być mój KOCHANY ojciec - mruknęła. Zaczęła dogłębnie się nad tym zastanawiać, przez co usiadła po turecku podbierając ręką podbródek.
    - On raczej... nie żyje. Wydaje mi się, że to coś nie jest zbyt rozumną istotą, ale widze że mnie nasladuje. a co jeśli będzie chciała być mną?

    OdpowiedzUsuń
  48. - Nie wiem! To jest szalone! - wybuchnęła. Przyłożyła dłonie do skroni.
    - Jak.. jak w jakiejś głupiej powieści, którą zdarza mi się przeczytać - szepnęła.
    - Skad wiesz czy jest dobra i jak inni zareagują? wolną wolę? To nie oznacza pilnowania ją na każdym kroku, więzienia, czy rozkazywania. Jestem w dołku.
    (Az mnie korci na opowiadanie przez ten wątek :D)

    OdpowiedzUsuń
  49. [ Masz może GG? Chciałam z Tobą porozmawiać.]
    - Chciałbym to zobaczyć… - stwierdził. A potem pokręcił głową. Uświadomił sobie właśnie, że najpewniej umarłby ze strachu, widząc jak piorun uderza w ziemię obok niego. – O ile nie upiekłabyś mnie przypadkiem. – dodał w miarę trzeźwo.
    - Jesteś Jeną z najświętszych osób w tym piekielnym mieście, wiesz o tym? Czasami gryzie mnie sumienie, bo nie powinienem był próbować tego zmienić. Mało osób jest takich na świecie. Ciężko w dzisiejszych czasach tak po prostu kierować się swoimi przekonaniami, a nie tym, co bardziej się opłaca.
    Pokręcił głową. Lyn była naprawdę… niezwykła.

    OdpowiedzUsuń
  50. ( Możemy spróbować. Tylko jak..? Założyć dokument google?)
    - Skoro siedzi jakoś tam we mnie, to ma czastkę mnie i mojej mocy. Energia raczej jest potrzebna, bo coś słabnę po tych dużych popisach - zastanawiała się dalej, choć bała się okropnie.
    - Gdzie chcesz ją wysłać?

    OdpowiedzUsuń
  51. ( Otwierasz dokument i piszesz jak w wordzie. Widzi każdy, kto dostanie link. nie trzeba nic wysyłać.)

    OdpowiedzUsuń
  52. [ aaaaaaa. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie Ciebie! :D tam to wątku nie mamy, to może by tu coś sklecić?]

    OdpowiedzUsuń
  53. (Wysłałam ci na gg nowy, bo coś tamten nie chciał się otworzyć.)

    OdpowiedzUsuń
  54. (https://docs.google.com/document/d/1-aS412BZdBVCEv7byOmIQkt_qRINXXJQYowpqrStUJM/edit)

    OdpowiedzUsuń
  55. Wynn zdążył już trochę poznać Lyn i wiedział, że nigdy nie spróbowałaby zrobić mu krzywdy. Albo przynajmniej teraz. Ludzie się zmieniają. Bardzo, bardzo się zmieniają. Kiedy ma się tyle czasu co Lyn (albo on – zauważył w rozbawieniu), można stać się świętym, albo prawdziwym diabłem, mimo, że kiedyś miał się duszę poczciwego człowieka. Czas zmienia wszystko. Jest okrutny. Tego Wynn był absolutnie pewien. Jakby nie patrzeć, od jakiegoś czasu miał już możliwość obserwacji życia innych ludzi.
    Westchnął cicho pod nosem i postanowił się podzielić z nią swoimi myślami;
    - Ciekawe jak będzie z nami za te sto, trzysta lat. Czy będziemy mogli się jeszcze poznać, czy tak zmieny się zachowaniem… Jak człowiek musi się czuć widząc tyle. Tfu. Znów filozofuje. I to w sposób nie taki jakbym chciał. Nie lubię roztrząsać perspektywy bezkresu. I tak nie dożyję, panienko.

    OdpowiedzUsuń
  56. - Może nie dożyję końca świata, ale spróbuje, madmoiselle. – uśmiechnął się do blondynki lekko. – Wiesz, że mam dość jasno określony stosunek do własnej śmierci. Nie chcę umierać. Kocham moje życie. I absolutnie nie interesuje mnie perspektywa oddania się słońcu w ramach jakiś niepraktycznych wyrzutów sumienia… Albo czegoś równie bzdurnego.
    Zamilkł na chwilę, pozwalając swoim myślom płynąć swobodnie, krążyć w różnych kierunkach i rozpełzać się jak robactwu. Część z nich osadziła się na obserwacji ludzi w karczmie, śledzeniu ich kuszącego ciepła, słuchaniu szumu ich krwi i oddechów. Te myśli nie zwracały uwagi na Lyn. Inne popłynęły w stronę wieczności, a inne w znacznie dziwniejszych kierunkach.
    - Nie dam rady cię zatrzymać jeśli chciałabyś zejść na dół. Wiesz o tym. – zauważył, starając się skupić na niej. Jej ciało jako jedyne nie wołało go do siebie. Resztę obecnych w karczmie bliski był traktować jak wrogów. Tak, znajomość z Lyn miała niezaprzeczalne plusy. Nie mógł patrzeć na nią przez czerwoną mgiełkę głodu, jak na resztę świata. – O męczenie się nie martw… A jeśli chodzi o bycie ostatnim mężczyzną w swoim rodzie, to małą owy martwy ród ma ze mnie pociechę.

    OdpowiedzUsuń
  57. - Niestety tak to nie działa.- westchnął - Niewielu rzeczy związanych z moją naturą jestem pewien, ale tego na pewno. Słońce to śmierć. Bolesna, upiorna i okropna, najgorszy los, jaki może spotkać kogoś mojego gatunku.- Mówił cicho, patrząc kobiecie w oczy. Dotknął ręką lewego policzka i przyjzal się dłoni, którą odmiennie, niż zrobiłby to człowiek, wziął do cienia, nie światła, żeby lepiej widzieć. Skóra nadal nie wygladala idealnie, lecz Lyn nie zobaczyłaby tych drobnych śladów tragedii.
    - Kilka miesięcy temu się popazylem. Niczego nie jestem tak pewny jak śmierci od płomieni światła słonecznego.
    Choć w pamięci trzymał widok świata za dnia, gdy jeszcze był człowiekiem, to te wspomnienia były ciągle wypierane przez wspomnienie bólu i ognia. Bo tak świt widziały wampiry... Najpierw niebo oblekala łuna... a potem była śmierć.
    - A Ty? Masz kogo z kim możesz tam być? - zapytał, bojąc się już odpowiedzi, która wydawała mu się tak upiornie oczywista. Westchnął. Czasem starał się zrozumieć to co ciągnie te dusze w otchłań, głębiej. Czy oni ciągle walczyli z pragnieniem autodestrukcji? Z wampirami było prościej, przecież zawsze chodziło tylko o instynkt i zaspokajanie najprostszych potrzeb, które nimi kierowały.

    OdpowiedzUsuń
  58. Spojrzał na Lyn, a w jego wzroku dało się dojrzeć głównie zakłopotanie. W takich sytuacjach zawsze chciał zachować się w porządku, pomóc, pocieszyć i tak dalej… Ale nie umiał. Nienawidził takich sytuacji.
    Rozumiał też, że tak naprawdę metal trzy Matry pod ziemią niewiele pomaga. Wescthnął cicho pod nosem.
    - Nie wiem co mam Ci powiedzieć… - rzekł tylko to. Na więcej nie było go stać.

    OdpowiedzUsuń
  59. (Wybacz za dłuuugie ociąganie z opowiadaniem, ale wszystko mi się sypie i nie miałam jakoś czasu oraz weny. Jutro będę pisać, bądź w niedzielę.)

    OdpowiedzUsuń
  60. Chciał już koniecznie jakoś skomentować jeden z sposobów przenoszenia "przypadłości", ale się powstrzymał. Z trudem, bo z trudem, ale dał radę.
    Co wiedział o Heshtje? Niewiele. Nie pytał o wiele. Wiedział, że ma jakieś problemy, ale cóż. Nie pytał. Nie był nadmiernie (ani wystarczająco) troskliwym stworzeniem. Poza tym to o czym mówiła dziewczyna zawsze wydawało mu się takie... nierealne? A może po prostu jej problemy go nudziły i zmęczyły? Jeśli tak było to nie miał jeszcze zamiaru się do tego przyznawać.
    - W sumie... To nie wiem wiele o tej drugiej... - powiedział z wahaniem.

    OdpowiedzUsuń
  61. Zdziwiło go trochę zachowanie Lyn, ale starał się tego nie okazywać. Z skutkiem... mocno srednim, ale zawsze jakimś, prawda? Z powodu tego jak zachowywał się wobec rudowlosej nie miał wyrzutów sumienia, mimo, że z pełną premedytacją się od niej oddalał, ale nie był też z tego dumny.
    - Rozmawiamy. Czasem. Właściwie nic nie wiem. Ilekroć coś się działo, nie chciała mi powiedzieć. To przestałem pytać.- wzruszył ramionami, ale w końcu zakończył - Wiem, że to okropnie dziecinne.- westchnął.- Powiesz mi... cokolwiek? Nic nie zrobię, ale mimo wszystko...
    Tak właściwie nie musiał mówić tego głośno. Jedyne co potrafił to dbać o własną rzyc, tak samo nie potrafiąc pomagać innym, jak i nie chcąc ich troski. A próby zmienienia tego... nie wychodziły.

    Wynn

    OdpowiedzUsuń